Rozmawialiśmy ostatnio dużo o Ozzym. Przecież pożegnalny koncert w Birmingham był wydarzeniem epickim. Niestety od 22 lipca rozmawiamy o nim już tylko w czasie przeszłym. Zgodnie stwierdziliśmy, że o ile poruszamy się po różnych zakątkach muzyki gitarowej, to osoba Ozzyego spaja nasze zainteresowania. Wspomnienia Jego muzyki, Jego działalności (nie tylko) koncertowej wyzwoliły wiele emocji. Każdy z nas postanowił przelać zatem parę słów na papier (do pliku).
O ile twórczość Ozzego w Black Sabbath szanuję, to moją miłość udało mu się wywalczyć płytami solowymi. I przyznać muszę, że jestem fanem środkowego okresu jego twórczości. Uwielbiam „Ultimate sin” i „No more tears…”. „Ozzmosis” genialnie pasował do czasów schyłku heavy metalu w MTV (pamiętam, że wyszedł z grubsza w tym samym czasie co „The X Factor”) dekadencja całą gębą. Potem długo nic nie powodowało przyspieszonego bicia mojego serca. Aż do „Scream”. Który był albumem na miarę czasów i spowodował, że na kolejne płyty również patrzałem przychylnym okiem. Ozzy był twórcą, który sprawdzał się zarówno w ciężkim repertuarze, buntowniczych tekstach, jak i w melancholii. Artysta, osobowość, jeden z największych.
Piotr Spyra
Wydawał się być wieczny. W moim życiu muzycznym orbitował właściwie od zawsze. Niemal cztery dekady temu – jako bardzo młody człowiek – usłyszałem Jego głos, poznając z kaset magnetofonowych Black Sabbath „Vol. 4” i „Sabbath Bloody Sabbath”. Potem przyszedł czas na albumy solowe. Był rok 1991, moment wielkiego triumfu płyty „No More Tears”. Te dźwięki pochłonęły mnie bez reszty. Na kolejne nagrania czekałem już jako fan, znawca całej dyskografii. „Ozzmosis” przebił wszystkie. Do dziś pozostaje dla mnie najlepszą solową płytą Księcia Ciemności. Lubię też późniejsze krążki, nie wykluczając ostatniej – „Patient N° 9”. Kolejnej niestety już nie będzie. Aż pięciokrotnie miałem przywilej słuchania Go na żywo – trzy razy z Black Sabbath i dwa razy z własnym zespołem. Każdorazowo było to ogromne przeżycie. Jego słynny okrzyk „I can’t fuckin’ hear you!” wciąż dźwięczy mi w uszach. Był legendą już za życia. Teraz będzie jeszcze większą. Żegnaj Ozzy!
Michał Kass
Ozzy był od zawsze… gdy zaczynałem poznawać muzykę z pogranicza hard rocka i metalu miał po 40-tce i już wówczas nazywany był dinozaurem rocka (!!!). I choć nie pokochałem bezgranicznie muzyki Black Sabbath, to jednak jego solowe dokonania przez lata towarzyszyły moim kolejnym etapom wtajemniczenia w mroczne dźwięki. Jego rola w rozwój a wręcz powstanie metalu jest nieopisana. Świadczy o tym obecne poruszenie pośród wszystkich zespołów sceny. Ozzy (wraz z kolegami z Black Sabbath) był ojcem założycielem, od niego wszystko się zaczęło… Informacja o jego śmierci spadła na mnie niczym grom z jasnego nieba, ale widać tak miało być… On wiedział, coś przeczuwał… Dążył za wszelką cenę do tego ostatniego koncertu i zrobił to… Odszedł na własnych zasadach, spełniony i szczęśliwy… Nie ma już go z nami, ale jego muzyka pozostanie na wieki.
Piotr Michalski
Definitywnie kończy się pewna epoka. Kolejna rockowa ikona odeszła! Przykro oglądać, jak rock umiera na naszych oczach, stając się cienkim marginesem, muzyczną niszą. Bo czy można wskazać jakiegoś artystę młodego pokolenia, który miałby predyspozycje stać się muzyczną ikona na miarę Ozzy Osbourna? Nie widzę takiego! Moje młodzieńcze fascynacje muzyką rockową, nie mogły przejść obojętnie obok takiego zjawiska jakim był Black Sabbatch ! Jak dla mnie, z wielkiej hard rockowej trójcy, obok Deep Purple i Led Zeppelin, Black Sabbath zawsze stało na najwyższym stopniu podium. Solowa kariera Ozzyego, również obfituje w krocie świetnych albumów. Największym sentymentem darzę płytę „Diary Of Madman”. Ale duży wpływ na to mają jednak kwestie pozamuzyczne. Jest to album, którym zostałem obdarowany przez paczkę serdecznych kumpli podczas moich 18-tych urodzin. Natomiast jeżeli chodzi o kwestie muzyczne, najbardziej cenię „No More Tears”. Trzeba przyznać, że Ozzy miał zawsze nosa do świetnych gitarzystów: Gus G, Zakk Wylde, Jake E. Lee, Randy Rhoads… No właśnie, Randy Rhoads, nie pograł u boku Ozzyego zbyt długo. Odszedł na tamten świat zbyt wcześnie. Kto wie, może gdzieś tam się spotkają i znów połączą muzyczne siły? Szkoda tylko, że my tutaj tego nie usłyszymy…
Marek Toma
Pierwsze cztery albumy Black Sabbath – kanon ciężkiego grania. Wymyślili na nich heavy metal, grunge, stoner, doom… Zobaczenie legendarnej grupy w oryginalnym składzie (co nie znaczy, że nie lubię innych wcieleń BS) wydawało się marzeniem ściętej głowy… Tymczasem w 1998 roku gruchnęła wiadomość o koncercie 3/4 tamtego BS w katowickim „Spodku”. To było rockowe misterium, bilet mam do dziś, podobnie zresztą jak z kolejnych koncertowych spotkań z Ozzym – już pod własnym nazwiskiem. Składy zawsze miał konkretne – Zakk Wylde, Rob Trujillo, Mike Bordin, Tommy Clufetos… Ulubiona płyta solowa? Trudno wskazać, słabych nie nagrywał. Ze względów sentymentalnych (zawartości muzycznej też ofc) postawiłbym na „No More Tears” – kapitalne wejście Mistrza w dekadę lat 90. Uwielbiam też balladę Lity Ford „Close My Eyes Forever” z gościnnym udziałem Ozzy’ego. Od 22 lipca zupełnie inaczej się jej słucha…
Robert Dłucik
Świat rockowy przeżywa swoistą żałobę – odeszła muzyczna legenda, postać wręcz ikoniczna, na której muzyce wychowało się wielu, wielu z nas. Nie podlega też żadnej dyskusji, że muzyka Ozzy’ego, bo o nim mowa, miała ogromny wpływ, także na wielu twórców (co sami przyznają), którzy nierzadko właśnie pod wpływem jego muzyki, postanowili rozpocząć muzyczną przygodę, inspirując się charyzmatycznym wokalistą. Nie podlega też dyskusji, że Ozzy, mniej lub bardziej, wpłynął na rzeszę fanów rocka/metalu. Jego charakterystyczną barwę zna pewnie każdy sympatyk gitarowych brzmień, przynajmniej nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Osobiście dużo bardziej cenię sobie solową twórczość Osbourne’a, natomiast to, co zrobił z BLACK SABBATH traktuję z przekonaniem, że od tego wiele się zaczęło i czy się to komuś podoba czy też nie, trzeba to po prostu zaakceptować. Niemniej jednak, to co można usłyszeć na kultowych „No More Tears”, „No Rest for the Wicked”, atmosferycznym „Ozzmosis” czy graficznie demonicznym „The Ultimate Sin”; uznaję za szczytowe osiągnięcia tej niekwestionowanej legendy. Ozzy miał też słabsze momenty (któż ich nie ma), ale również i w późniejszej karierze, udało mu się nagrać rzeczy warte uwagi. Teraz nie pozostaje nam już nic innego, jak odkrywanie jego twórczości na nowo, czerpanie siły, zwariowanej energii, jaką pozostawił w swojej muzyce. Kończy się pewna epoka, odchodzi kolejna zasłużona postać, której muzyka – można powiedzieć – towarzyszy wielu z nas praktycznie od zawsze. Ozzy odszedł, ale jego dorobek muzyczny pozostanie z nami na zawsze!
S!X
Nie miałem szczęścia być na koncercie Ozziego. Namiastką tego co on wyprawiał było odsłuchanie bardzo dobrego koncertu „Reunion” w 1998 roku w nieistniejącym już krakowskim klubie „Pod Przewiązką”. Do dziś ten koncert wywołuje u mnie ciarki na plecach. To było wtedy pierwsze spotkanie z twórczością Black Sabbath i Ozzym. Zestaw składał się z najlepszych kompozycji Black Sabbath i zawierał dodatkowo dwie zupełnie nowe kompozycje dające nadzieję, że BS będzie w starym składzie nadal grać. Ja było w międzyczasie ogólnie wiadomo. Lecz Ozzy zawsze pozostawał Ozzym. Potrafił stworzyć przepiękną balladę „Dreamer”, potrafił wydać bardzo dobre „Live & Loud”, które montażowo odzwierciedlał czasy MTV,ale i też potrafił zaśpiewać piosenkę ze świnką Piggy. Ot cały Ozzy. Szalony, nieprzewidywalny, polewający publiczność wodą z wiadra. 22 lipca 2025 zakończyła się pewna epoka. Na szczęście jednak zostają wspomnienia i setki nagrań. Do zobaczenia po innej stronie Ozzy.
Mariusz Fabin
Z Black Sabbath spotkałem się tak dawno temu, że w zasadzie nie pamiętam kiedy dokładnie, chyba gdzieś na początku lat 90 tych. Od tamtej pory jestem zatwardziałym fanem twórczości ekipy z Birmingham – Billa, Geezera, Tonny’ego i właśnie jego – Ozzy’ego, który swym przyprawiającym o ciarki głosem, spajał wszystko w nieomal mistyczną całość. Z jednej strony ponury, nostalgiczny oraz poważny Książę Ciemności o hipnotycznym głosie. Z drugiej wysoce rozrywkowa i groteskowo przerysowana osobowość, nie stroniąca od skandali czy kontrowersji, wrytych w jego życiorys na stałe. W obu przypadkach zwyczajnie szczery i do bólu prawdziwy w tym co robił, człowiek pełen dystansu do samego siebie. Człowiek, który wraz z kolegami w muzyce zapoczątkował metal, wyznaczając tym samym kierunek niezliczonej masie zespołów, muzyków czy wokalistów. Ozzy to przede wszystkim niezwykle charyzmatyczny frontman. Swą sceniczną energią przez dekady porywał tłumy kolejnych pokoleń miłośników ciężkiego grania. Doceniały go również osoby spoza metalowych scen. Krnąbrny, niepokorny, a przede wszystkim daleki od wszelkiej poprawności, stał się prawdziwą gwiazdą światowego formatu. Postrachem nietoperzy, gołębi i pruderyjnych purystów. Legendą, nieodzownym elementem muzycznego świata, a także ikoną popkultury. Dla mnie Ozzy to przede wszystkim pierwsze płyty Black Sabbath, ikoniczne podwaliny muzyki metalowej, do których stworzył genialne linie wokali. Kariera solowa jest również wspaniała, ale to dokonania w macierzystym zespole rzuciły mnie pierwsze na kolana. Może nie był najlepszym wokalistą na świecie, ale bardzo charakterystycznym i swej roli wręcz idealny. Jedyny w swoim rodzaju. Niezastąpiony. Tak jak nie ma Kata bez Romana, Black Sabbath bez Ozzy’ego to dla mnie zupełnie inna, dość odległa strefa zainteresowań. W 2011 roku, na koncercie Slayera w Łodzi usłyszałem od jednego z fanów tychże pytanie: „co my zrobimy, jak te stare dziady powymierają?”. Wówczas potraktowałem je z przymrużeniem oka i puściłem mimo uszu. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej – ze smutkiem i nostalgią za niepowetowaną stratą, której nic nie zastąpi. Ozzy Osbourne – żył jak chciał, pożegnał się jak trzeba. Dziś to my, fani, powinniśmy rzucić w jego kierunku nieodzowne słowa każdego koncertu: „You are number one!” „God bless you all!”
Robert Cisło


![BLACK SABBATH – 2024 – Anno Domini 1989-1995 [box]](https://www.rockarea.pl/wp-content/uploads/2024/06/Black-Sabbath-Anno-Domini-380x360.jpg)















































