1. Highway star
2. Spotlight kid
3. „Mistreated
4. 16th century greensleves
5. Since you’ve been gone
6. Man on the silver mountain
7. Catch the rainbow
8. Difficult to cure
9. Perfect strangers
10. Stargazer
11. Long live rock’n’roll
12. Child in time
13. Black Night
14. Smoke on the water
Rok wydania: 2016
Wydawca: Eagle Rock
http://www.blackmoresnight.com
Jeden z największych gitarzystów świata – Ritchie Blackmore – wraca do
rockowego grania! Taka informacja zelektryzowała fanów klasycznego rocka
na przełomie 2015 i 2016 roku. Jak się wkrótce okazało, człowiek w
czerni po ponad dwudziestu latach grania średniowiecznych piosenek z
Blackmore’s Night reaktywował swój drugi po Deep Purple zespół –
Rainbow. Natychmiast zaczęły się spekulacje kogo Ritchie zaprosi do
wspólnego grania. Wielką zagadką było przede wszystkim także i to, kto
stanie za mikrofonem. Dziś już wiadomo, że nie był to ani Joe Lynn
Turner, ani Graham Bonnet ani tym bardziej Doggie White, z którym
Blackmore nagrał ostatni jak do tej pory studyjny krążek Rainbow,
„Stranger in us All”. Wybór padł na mało znanego Ronniego Romero.
Kolejnym zaskoczeniem byli pozostali muzycy, ponieważ znaczna część z
nich to obecni (lub byli) muzykanci Blackmore’s Night. Za perkusją
zasiadł więc obecny perkusista grupy, David Keith, na gitarze basowej
zagrał natomiast jej długoletni członek, Bob Nouveau. Chórki to
natomiast Christina Lynn Skleros (dobrze znana z Blackmore’s Night)
oraz… nie kto inny, jak partnerka Ritchiego na scenie i w życiu –
Candice Night. Oprócz wokalisty wyjątkiem jest tylko klawiszowiec Jens
Johansson, znany z obecności w Stratovarius czy u boku Yngwiego
Malmsteena.
W wakacje 2016 roku zorganizowano cztery koncerty nowego Rainbow, a
zapisy dwóch z nich znalazły się na DVD grupy. Jak zatem wypada to nowe
Rainbow? I czy to jeszcze Rainbow, czy może już raczej Rainbow’s Night?
Koncert otwierają charakterystyczne dla Blackmore’owskiej Tęczy słowa
Agatki z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Na scenę wkraczają poszczególni
muzycy wraz z mocno podtatusiałym Ritchiem. Oj, trudno już ukryć piwny
brzuszek za gitarą… Dołącza do nich również wokalista Ronnie Romero. I
zaczynają od… „Highway star”. Publiczność jakby z niedowierzaniem
słucha pierwszych wersów purplowskiej klasyki i dopiero po chwili
otrząsa się z szoku i śpiewa wraz z Ronniem. Całość wykonana dość
poprawnie, Jens na klawiszach solidnie stara się grać solo Jona Lorda, a
i widać, że Ritchiemu udaje się powoli wydostać ze średniowiecznej
pułapki w którą sam wpadł. Już dawno nie widziałem, żeby Blackmore tyle
razy się uśmiechał. Wielką niewiadomą był natomiast nowy wokalista
formacji. I trzeba przyznać, że facet naprawdę potrafi śpiewać. Posiada
całkiem niezłą barwę, co będzie słychać w późniejszych numerach.
Zmieniamy więc scenę i przenosimy się na drugi koncert, który ma miejsce
obok imponującego wiaduktu kolejowego i rozpędza się „Spotlight kid”,
już z Rainbow. O ile solówka w „Highway star” jakoś specjalnie nie
porwała, to w tym klasyku jest już dobrze. Ale i tak daleko jej do tego,
co Tęcza grała trzy i cztery dekady temu. Gdyby nie osoba Ritchiego
Blackmore’a, można by powiedzieć, że to jakiś całkiem niezły cover band.
Kolejnym powrotem do przeszłości jest przeszywający w oryginale
„Mistreated”. Jak wypada w tej nowej odsłonie? Od pierwszych sekund jest
magicznie, jak za dawnych lat. Bardzo dobrze zaśpiewany przez Ronniego,
w tym kawałku można usłyszeć pełna gamę jego wokalnych możliwości. Co
ciekawe praktycznie w ogóle się nie męczy, kiedy wchodzi na wyższe
rejestry głosu. Trzeba też przyznać, że udało się grupie zahipnotyzować
słuchacza i widza w tym kawałku, nawet pomimo drobnej wpadki Ritchiego w
solówce.
Następnym numerem w kolejności jest „16th century greensleves”. Dobrze
kroczący numer, chociaż bardzo oszczędnie grany przez gitarzystę w
czerni. Prawda jest bowiem niestety taka, że jeśli ktoś się spodziewa
tego Ritchiego sprzed ponad dwudziestu lat: magicznego, szybkiego,
zadziornego i z masą pomysłów na solówki, to będzie mocno zawiedziony.
Ritchie ma już swoje lata (rozpoczęty ósmy krzyżyk) i palce nie zawsze
chcą go już słuchać, a do tego dochodzi częsta powtarzalność zagrywek
znanych już chociaż z Blackmore’s Night. Bardzo często gra też akordami,
przez co nie ma już niestety tej gonitwy po gryfie, do jakiej Ritchie
przez lata w Purplach i Rainbow nas przyzwyczaił. To po prostu czas,
który i tak dla Ritchiego jest łaskawy.
Przejdźmy zatem do kolejnego hitu Rainbow – „Since you’ve been gone”.
Początek zagrany tak, jakby był testowany dla Candice, na szczęście
jednak po chwili grupa rusza z kopyta. Jest całkiem nieźle. Tak naprawdę
cała robotę robi Ronnie, dobrze też grają Jens i David. Momentami brzmi
to tak, jak za starych dobrych czasów.
Kolejna propozycja to legendarny “Man on the silver mountain”. Już od
pierwszych sekund riffu pojawiają się ciarki na plecach. Jest bardzo
dobrze, widać i słychać, że grupa, a zwłaszcza wokalista rozłożył na
części utwory z Ronniem Dio i nawet próbuje momentami śpiewać jak on, co
na szczęście dość dobrze mu się udaje. Oddaje zresztą w trakcie tego
numeru hołd swojemu nieżyjącemu już imiennikowi. Podobnie jak cały
kawałek zostaje to przyjęte z ogromnym aplauzem. Potem następuje jeszcze
jeden wielki numer Rainbow – „Catch the rainbow”. Początek brzmi
troszkę jak „Anyone’s daughter” z purplowskiego koncertu znanego fanom
jako „Come hell or high water”. Ale jakże diametralnie inny i wreszcie
ten magiczny Blackmore! Szkoda, że tej magii jest w tym koncercie tak
mało. Pozostaje jedynie chłonąć każdą sekundę tego genialnego numeru
nawet w tym nowym wydaniu. Wielkie brawa dla całego zespołu za oddanie
świetnego klimatu. Zdecydowanie jeden z najlepszych momentów koncertu.
Po tym jakże przeszywającym i rozmarzonym „chwytaniu tęczy” następuje
chwila odpoczynku dla wokalisty, bowiem na moment zastępuje go Beethoven
i wkracza „Difficult to cure”. Stanowi on tutaj również punkt wyjścia
dla solowych popisów każdego z muzyków, rozpoczynając od Ritchiego,
poprzez perkusistę, po basistę i klawiszowca.
Drugą część otwiera „Perfect strangers”. O ile oryginał jest jednym z
największych utworów Deep Purple, to ta wersja jest zaledwie jego
cieniem. W dodatku Ronnie, świadomie lub nie, myli tekst (czyżby
wzorował się na niejakim Ianie G…?). Szkoda, bo zapowiadało się dobrze, a
w ten sposób znów mamy do czynienia z poprawnie odegraną wersją cover
bandu i strąceniem pomnika. Można sobie darować spokojnie ten numer…
…bo oto przychodzi czas na jeszcze jeden pomnik – „Stargazer”. Uff, tu
na szczęście jest bardzo dobrze. Udało się utrzymać tę wściekłość znaną z
oryginału z płyty „Rising”. Wielki szacunek dla wokalisty, że potrafił
się wznieść na naprawdę spore wyżyny i że z nich nie spadł. Podobnie
jest z zresztą zespołu wraz z Jensem w roli głównej. Po „Catch the
rainbow” drugi rewelacyjny moment tego koncertu.
Chwilę później krzyczymy już: „Long live rock’n’roll”! Zagrany dość
poprawnie, z chóralnym śpiewem publiczności. Ritchie się rozegrał i już
nie robi tylu błędów na gryfie, jednak ciągle brakuje mu tej mocy, którą
miał w sobie kiedyś. Ale oto następuje olbrzymia niespodzianka w
postaci „Child in time”. Dziwne jest to wrażenie, kiedy piosenkę mającą
blisko pięćdziesiąt lat śpiewa facet, którego w chwili jej wydania nawet
jeszcze w planach nie było. Sama nowa wersja trochę uboga, czegoś w
niej brakuje, może znów mocy, nawet pomimo solówki. Niestety i w niej
Ritchie już nie zachwyca tak, jak dawniej, a i wysoki głos Ronniego nie
może doścignąć Iana Gillana. Słychać, że purpurowe kawałki raczej
średnio były ogrywane na próbach i że Blackmore’owi one zwyczajnie nie
leżą. Końcówka „Child In time” to natomiast mały ukłon w stronę “Woman
from Tokyo”.
No i pora powoli kończyć koncert. Pierwszą tego oznaką jest „Black
Night”. Znów następuje lekkie rozluźnienie i gra jest raczej mało
składna – kolejny utwór purpli, który został źle potraktowany. Znów
szkoda. Na koniec pozostaje „Smoke on the water”, tu nawet z odpowiednią
mocą i bez większych wpadek.
Koncert trwa niespełna dwie godziny. Znalazł się na nim przekrój
najbardziej klasycznych utworów Deep Purple oraz Rainbow. Jednak dwa
magiczne momenty to stanowczo za mało. Myślę, że fani Blackmore’a, w tym
i ja, oczekiwali czegoś więcej. Wniosek jest taki, że niestety Ritchie
chyba już zapomniał, jak się gra prawdziwego rocka na maksymalnie
włączonym wzmacniaczu. Może to zasługa wieku, a może muzyków, których ma
do dyspozycji… Na pewno jednak to DVD przypomni, a wielu młodym
słuchaczom pozwoli poznać stare utwory Blackmore’a, jednak raczej nie
zastąpi ono świetnego „Come hell Or high water”, genialnego „Made in
Japan”, czy chociażby starych koncertów z najlepszych czasów Rainbow.
5/10
Mariusz Fabin
















































