1. Swarm
2. Sleepless Sun
3. Reckless Abandon
4. A Question Ignite
5. Nursed By The Cold
6. Lost In Rapture
7. Perilous
8. Coffins Of November
Rok wydania: 2016
Wydawca: Agonia Records
http://octobertide.net/
Mimo, że mamy już grudzień (w zasadzie nawet jego koniec), to za oknami
wciąż dominuje jesienna aura, a ta z reguły sprzyja ponurym nastrojom.
Niektórzy w takim stanie dodatkowo lubią się zdołować muzyką o
„depresyjnym” zabarwieniu. Stąd też niniejsza recenzja może stanowić dla
tego typu osób niespodziankę. Dotyczy ona najnowszego wydawnictwa grupy
OCTOBER TIDE, która to od lat propaguje głównie pesymistyczne nuty.
„Winged Waltz” to już piąty „długograj” tej szwedzkiej formacji i
jeżeli chodzi o nastrój, zespół wciąż eksploruje ponure rejony, nie
siląc się na drastyczne metamorfozy. Tym razem jednak panowie jakby
mocniej wyeksponowali swoją przynależność wobec specyfiki
atmosferycznego doom/death metalu. Premierowy materiał, nie tylko pod
względem brzmienia, ale również klimatu, wydaje się być bardziej surowy,
daleki od syntetyczno – nowoczesnych naleciałości. Do tego silnie
emanuje mroczną, depresyjną atmosferą, która co może dziwić, stanowi
mocny atut tego wydawnictwa. To również dzięki niej „Winged Waltz”, mimo
że nie jest to album krótki (nieco ponad 50 minut), mija zadziwiająco
szybko. Osiem wyraźnie dociążonych, a do tego posępnych kompozycji jest
kwintesencją doom/death metalu w najlepszym wydaniu. Muzyka jest
pozbawiona przejawów radości, jest niczym gęsta mgła otaczająca
słuchacza z każdej strony. Grobowa specyfika pojawia się na każdym
kroku, zarówno w kwestii dźwięków, tekstów, jak również grafice. Sama
okładka obrazująca skrzydlatą ćmę (robal od razu przywołuje na myśl
filmowy klasyk „Milczenie Owiec”) inicjuje charakterystyczny klimat.
Obraz, choć oszczędny w środkach, ma w sobie odpowiednią siłę wyrazu.
Taka też jest cała oprawa wizualna oraz gustowne opakowanie. Pod tym
względem postawiono na umiar, prostotę – to idealnie spaja wszystkie
elementy „Winged Waltz”.
Jeżeli chodzi o warstwę liryczną… w skrócie można powiedzieć, że
teksty nie będą pokrzepieniem dla zagubionych duszyczek. Są one raczej
ekspozycją wszechogarniającego mroku, skąpanego w urokach czarujących
zjawisk występujących w przyrodzie. W takiej powierzchownie przyjemnej
otoczce zespół przemyca wątki śmierci, zwątpienia, co nierzadko zostaje
sprytnie zakamuflowane. Ma to też swoje odzwierciedlenie w muzyce,
której klimat, choć chłodny potrafi oczarować. Kompozycje nie są
wyzywające, pozytywnie barwne, lecz ciężkie i to pod różnymi względami. W
tej materii prym wiodą minimalistyczno – stonowane struktury potęgujące
mroczną atmosferę. Utwory wykorzystują przeważnie wolne (czasem
średnie) tempa, co w połączeniu z dociążonym brzmieniem oraz głębokimi
growlami Alexandra Högboma sprzyja kreowaniu monumentalnych, rozległych
form. Ponadto muzyka nie wykazuje skłonności do pośpiechu, tutaj czas
nie odgrywa większej roli. Stąd też kolejne motywy płynnie, ale powolnie
i sennie suną do przodu.
Niekiedy można poczuć specyfikę klasycznego wcielenia MY DYING BRIDE, co
słychać m.in. przy okazji „Reckless Abandon”, do którego powstał
teledysk, czy też „Lost In Rapture”, w którym to dodatkowo pojawiają się
gitary przywołujące na myśl dokonania PARADISE LOST. Jeżeli chodzi o
partie tego instrumentu, warto zwrócić uwagę na klimatyczne, rozłożyste
tła, jakie tworzy. Dzięki temu kompozycje stają się bardziej
przestrzenne, a ich ciężar nie przytłacza. To natomiast może budzić
skojarzenia wobec wcześniejszej twórczości KATATONII. Sporadycznie można
napotkać śladowe ilości elementów znamiennych dla klimatycznego black
metalu, ale ich charakter jest raczej okazjonalny i odnosi się do
podobieństw atmosferycznych. W rezultacie mamy do czynienia z materiałem
spójnym, wyrównanym, rozłożystym i ewidentnie bogatym pod względem
mroku. Jest to płyta dojrzała, fachowo wyprodukowana, nastrojowa i choć
nie posiada wielu zwrotów akcji, to bez wątpienia potrafi oczarować,
zaciekawić.
Dlatego jeżeli lubicie nuty przygnębienia pozbawione nośnych elementów,
bez wątpienia rozsmakujecie się w zawartości „Winged Waltz”. To również
nie lada gratka dla sympatyków wczesnej twórczości KATATONII, OPETH, MY
DYING BRIDE oraz tych, którym bliskie są dokonania IN MOURNING,
NOVEMBERS DOOM. W tejże stylistyce OCTOBER TIDE czuje się jak ryba w
wodzie i znawcy tejże formuły powinni to docenić.
8/10
Marcin Magiera
oficjalny teledysk:
oficjalne lyric video:
album oficjalnie udostępniony do odsłuchu: