1. Deutshland
2. Radio
3. Zeig Dich
4. Ausländer
5. Sex
6. Puppe
7. Was Ich Liebe
8. Diamant
9. Weit Weg
10. Tattoo
11. Hallomann
Rok Wydania:2019
Wydawca: Universal Music
http://www.rammstein.de
„Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa, ten kryje.” Tę dziecięcą
rymowankę miałem w uszach, gdy po raz pierwszy zobaczyłem okładkę
najnowszej płyty Rammsteina. Coś w tym jest, bo niemieccy muzycy przez
dziesięć lat „chowali się” w koncertowych halach, po stadionach, w
książkach i wreszcie u boku innych muzyków będących „kumplami z
podwórka”, jak ognia unikając wizyt w studiu nagraniowym. Z czasem wśród
„erplusowych” fanów zaczęło się pojawiać zniecierpliwienie, czy i kiedy
wreszcie muzycy się zejdą i nagrają coś nowego. Początkowo informacje
były znikome, lecz nagle zaczęły pojawiać się tajemnicze fotki ze
studia, w tym zdjęcia chóru, który nagrywał swoje partie na – jak się
miało okazać – nową płytę Rammstein. I już wkrótce potem panowie Till
Lindemann (śpiew), Richard Kruspe (gitara), Paul Landers (gitara),
Oliver Riedel (bas), Christoph Schneider (perkusja) oraz Christian
„Flake” Lorenz (klawisze) wystartowali z promocją bezimiennego (co, jak
to już bywało w większości znanych z muzyki przypadków może sugerować
swego rodzaju przełom) albumu we właściwy dla siebie sposób – od
kontrowersyjnego teledysku do kontrowersyjnej piosenki. Sekwencje
odwołujące się do Holocaustu pozostawię do indywidualnego przemyślenia,
bo nie pierwszy raz Rammstein balansuje na granicy dobrego smaku,
przyzwoitości i pewnie jeszcze niejeden raz to zrobi. Kontrowersje są
już od dawna wpisane w ich logo.
Ten (otwierający zresztą cały album) utwór to „Deutschland”. Rozkręca
się on powoli od ciekawych klawiszy, by przejść w ciekawy riff gitary.
Natychmiast można zauważyć, że Flake dostał wreszcie więcej przestrzeni
na swoje granie. I to właśnie on buduje klimat numeru. Mamy tu ciężkie
rammsteinowe gitary, lecz nie są one tak „maszynowe”, jak we
wcześniejszych numerach grupy. Ciekawie się też dzieje w tle, kiedy
„technoklawisze” zmieniają się w zwykłe pianinko, które ładnie współgra z
gitarą basową. Tekstowo też jest bardzo dobrze: Till wymienia wady i
zalety swego kraju, niejako się z nim rozliczając. Dopełnieniem całości
jest wspomniany wyżej świetny teledysk – filmowy, poruszający, mocny i
perfekcyjny. Wyborne i rozpoczęcie albumu: szybkie i mające zadatki na
kolejny wielki hit grupy.
Dwójka to równocześnie drugim singiel albumu. „Radio” to już bardziej
klasyczny, ale i ten przebojowy R+, spod znaku „Amerika”, w którym
dominują dziwne klawisze połączone z mocnymi gitarami. Wszystko to
jednak dopełnia ultramelodyjny refren. W warstwie tekstowej to natomiast
opowieść o stacjach radiowych typu RWE (Radio Wolna Europa), będącą w
trudnych czasach jedynym oknem na prawdziwy świat. Podoba mi się w
połowie numeru klawiszowa wstawka, która ma imitować fale radiowe.
Później gitara przywodzi wspomnienia utworu „Moskau”. Sam numer jakoś
nie będzie moim ulubionym z tej płyty, pomimo, że oczywiście nie można
mu odmówić „tego czegoś”. Aha, warto również zwrócić uwagę na klip, a
właściwie na sam jego koniec i kolor, którym łopoczą tam flagi Unii
Europejskiej…
Za to jednym z ulubionych na pewno na długo pozostanie „Zeig Dich”.
Zaczynamy od przyszywającego chóru śpiewającego po łacinie. Po chwili
dołączają gitary i werbel, by za chwilę można było odpalić petardę. A
jest nią Till, cedzący przez zęby słowa o różnych niecnych czynach,
których dopuszczają się duchowni. Temat jak widać aktualny nie tylko w
kraju nad Wisłą, ale także i nad Renem. I wołanie do tego, który mógłby
zrobić z tym wszystkim porządek: „ukaż się!”. Warto się wsłuchać w ten
numer, bo tam się bardzo dużo dzieje: jest i moc, i melodyjnie
zaśpiewany refren. Tu co prawda klawisze są gdzieniegdzie schowane na
rzecz basu, lecz i tak świetnie one brzmią. No i ten chór, który jeszcze
bardziej podkreśla dramatyzm całej kompozycji.
Czwórka to „Ausländer”. Tu klawisze brzmią trochę jak z przeboju na
piłkarski mundial, lecz w połączeniu z mocnymi gitarami dają ciekawy
efekt. Równie ciekawe są tu spostrzeżenia wokalisty, który stykając się z
różnymi ludźmi w rożnych zakątkach świata próbuje się z nimi
porozumieć, więc wplata w tekst zabawne wyrażenia w różnych językach.
Ale nawet mimo tego wciąż pozostaje „obcym”.
Kontynuacją, przynajmniej w warstwie tekstowej, poprzedniego albumu
(„Liebe ist für alle da”) może być utwór będący numerem pięć: „Sex”, w
którym riff główny przypomina nieco „Keine Lust”. Numer rzetelnie i
mocno zagrany. Znów z melodyjnym refrenem, w którym gdzieś słychać In
Extremo. I myślę, że solówka Flake’a na klawiszach znów będzie okazją,
by podczas koncertu mu dokopać. Piszczące klawisze aż proszą się o co
najmniej jednego kopniaka.
Szóstka to z kolei zdecydowanie jedna z najciekawszych kompozycji
Niemców. Myślę, że pomysł do „Puppe” pojawił się podczas wykonywania na
żywo „Wiener Blut”, gdzie w pewnym momencie na scenę spadały różnego
rodzaju laleczki. Zaczyna się groźnie, tykająca gitara i klimat niczym z
horroru. Nie trzeba wiele. Delikatne gitary i niemal szepczący głos
wokalisty, który nawet zaczyna przez chwilę melodyjnie śpiewać. Lecz to,
co dzieje się w refrenie sprawia, że spojrzenie na jego wokal już nie
będzie takie samo. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak obłąkanego,
wściekle psychopatycznie śpiewającego Lindemanna. Ten fragment wgniata,
wbija w fotel, bo nie wiadomo czy lider śpiewa dla żartu czy naprawdę
jest tak szalony lub pijany. Sam tekst, równie mocny jak sam utwór, też
nie należy do najprzyjemniejszych bo opowiada historię o… posłuchajcie i
przeczytajcie sami. Ogromnie działa na wyobraźnię. No i jeszcze to
pianinko pod koniec… Mistrzostwo!
„Was ich Liebe” to świetny rytm i ciekawa gitara. Zupełnie inne granie
zespołu, dość łagodne, ale mające w sobie coś niespokojnego. Ten numer
powinien pojawić się na koncercie i jestem pewien, że na żywo będzie
równie przejmujący. Wstrząsające wyznania Tilla współgrają z mocnymi
gitarami. Kolejna bardzo dobra kompozycja, która nie jest może stricte
metalowa, ale ma w sobie coś, co sprawia, że słuchacz w całości oddaje
się wszystkim nutom zawartym w tym numerze. Warto zwrócić uwagę na
piękne chóry w tle. Jest pięknie i tak pozostaje do końca.
Po tej przejmującej kompozycji następuje jeszcze jedna. Tym razem to
króciutka ballada, „Diamant”. Delikatna gitara i głęboki głos wokalisty.
Genialnym posunięciem w tym numerze było nieodczyszczanie ze studyjnego
„brudu” elektrycznych gitar. A do tego mamy jeszcze kwartet smyczkowy.
Jest pięknie: myślę ,że ilustracją tego numeru byłaby scena z filmu
„Dracula” Francisa Forda Copolli, kiedy Vlad Tepes tańczy pośród świec z
Miną. Ciary.
Do końca „zapałczanego” albumu zostały trzy kompozycje. Pierwsza z nich
to „Weit Weg”. Jeszcze raz rakietę odpala klawiszowiec. Czy tylko mnie
początek kojarzy się z „Perfect strangers” Deep Purple? Niemniej jest to
kolejny bardzo dobry numer. Cieszy fakt, że Flake mógł znów się twórczo
wyżyć na klawiszach i że jego gra nie zgubiła się w produkcji. Jest to
wielki atut nie tylko tej kompozycji, ale i całego albumu. Gitarowo to
jeden z rammsteinowych eksperymentów, jak dla mnie udany. Panowie co
prawda nie używają „mechanicznych” riffów, to jest jednak w nich coś, co
powoduje, że głowa kiwa się na znak uznania.
Szybkim krokiem przechodzimy do przedostatniego kawałka, „Tattoo”. Tu
już mamy do czynienia z najbardziej klasycznym Rammsteinem: nadająca
rytm perkusja, wyjęta z czasów „Sehnsucht”, no i te gitary, które od lat
są znakiem rozpoznawczym grupy. Tekst może nie jest jakoś zbytnio
złożony, ale zawiera ciekawe zakończenie.
Ostatni na płycie jest „Hallomann”. Jeszcze jedna przeszywająca historia
z pogranicza rzeczywistości i sennego koszmaru: oto nieznajomy pan
zaprasza do swojego samochodu małą dziewczynkę… Sam klimat równie
niespokojny, ale ze znów wgniatającymi fragmentami. Bardzo wyrazista gra
basu, a natomiast to, co ze swym instrumentem wyprawia znów Flake
sprawia, że chce się go słuchać bez końca. Kapitalne solo i jeszcze
lepsze budowanie klimatu, aż do zanikającego gdzieś w pięknej żeńskiej
wokalizie finału. Cyt, zapałka zgasła.
11 kompozycji, jedynie 46 minut muzyki, lecz za to jakiej muzyki! Warto
było czekać te dziesięć lat, by usłyszeć, że Rammstein wciąż jest w
bardzo dobrej formie muzycznej, a Till wokalnie oraz tekstowo nie
schodzi z poziomu, do którego nas przyzwyczaił. Właściwie nie ma tu ani
jednej zbędnej kompozycji i wszystko jest dopieszczone do ostatniej
iskry, włącznie z wzorową produkcją, oddająca idealnie zamieszczone w
muzyce emocje. Murowany kandydat do płyty roku.
8,5/10
Mariusz Fabin