1. „Burn the Witch” 3:40
2. „Daydreaming” 6:24
3. „Decks Dark” 4:41
4. „Desert Island Disk” 3:44
5. „Ful Stop” 6:07
6. „Glass Eyes” 2:52
7. „Identikit” 4:26
8. „The Numbers” 5:45
9. „Present Tense” 5:06
10. „Tinker Tailor Soldier Sailor Rich Man Poor Man Beggar Man Thief” 5:03
11. „True Love Waits” 4:43
Rok wydania: 2016
Wydawca: XL
http://www.radiohead.com/deadairspace
Nie ma drugiej takiej kapeli, która potrafiłaby zaskoczyć wszystkich
dookoła, tak jak Radiohead. Nie dziwi nas już w jaki sposób ogłaszają
wydanie albumu (robią to przecież nie pierwszy raz), ale wciąż nie mamy
pojęcia, kiedy ten moment nastąpi. Możemy się tylko domyślać. I czekać
na znak, który – rzecz jasna – do oczywistych nie należy. Zamiast
„pompowania” balonika, bombardowania nas zdjęciami wprost ze studia
nagraniowego, wyczyszczenie „historii” na portalach społecznościowych
oraz ogłoszenie daty wydania na dwa dni przed premierą. Już nie
wspominając, że tracklistę, okładkę oraz tytuł poznaliśmy jeszcze
później. Dla kogoś może się to wydawać swoistym antymarketingiem, ale w
przypadku tego zespołu takie działania się najzwyczajniej sprawdzają.
Oni od lat po prostu grają w innej lidze. Wychodzi im to tylko na dobre.
Nie da się ukryć, że długo czekaliśmy na następcę „The King of Limbs”.
Najdłuższa przerwa trwającą pięć lat, zaostrzyła apetyt na nowe dźwięki.
W przypadku Radiohead nie powinno to dziwić. Jeden z najważniejszych
zespołów ostatnich 25 lat przyzwyczaił nas do albumów na najwyższym
poziomie. Dlatego też od czasu ogłoszenia tej wspaniałej nowiny cały
muzyczny świat czekał na „A Moon Shaped Pool” z wypiekami na twarzy. Od
zagorzałych fanów, przez dziennikarzy, a na osobach z zewnątrz kończąc.
Sądząc po reakcjach większość jest usatysfakcjonowana dziewiątym
studyjnym krążkiem Brytyjczyków.
Od premiery minął już ponad miesiąc. Uznałem, że to odpowiedni moment,
aby przyjrzeć się jej bliżej. Przesłuchałem ją niezliczoną ilość razy,
wyłapałem prawdopodobnie wszystkie smaczki, jakie poukrywali w
poszczególnych numerach, po prostu: dogłębnie poznałem całość. Inaczej
się nie da. To nie jest zespół, który nagrywa utwory z cyklu „łatwe i
przyjemne”, choć trzeba zaznaczyć, że „przeprosili” się z melodiami i w
porównaniu z poprzednikiem na „A Moon Shaped Pool” jest mniej
kombinowania, eksperymentowania, a więcej piękna i przystępności.
Jednak, aby to wszystko ogarnąć potrzeba czasu.
Po tym okresie stwierdzam, że znowu im się udało. Znowu stworzyli małe
dzieło, pewnie nie tak ważne, jak „OK Computer”, ani tak przełomowe jak
„Kid A”, ale tak samo znakomite. I po raz kolejny, mimo swoistego
kroczku w tył (mogli przecież dalej brnąć w klimaty a’la „The King of
Limbs”), są kilometr przed konkurencją. Wiem, że się powtarzam, ale tak
potrafią tylko najwięksi tego świata. Nie zamierzam rozkładać każdego
utworu z osobna na czynniki pierwsze. To nie zadziała, gdy się pisze o
zespole pokroju Radiohead. O grupie znakomitej, jedynej w swoim rodzaju.
Takiej, która, jak to napisał mój kolega z redakcji, „potrafi prostymi
środkami stworzyć coś wyjątkowego”. Dokładnie to usłyszymy na krążku „A
Moon Shaped Pool”.
Określenie, że jest to najcichsza płyta w ich dorobku, nie jest wyssane z
palca. Rzeczywiście, oprócz narastającego „Burn the Witch” ze smyczkami
na pierwszym planie (współpraca Greenwooda z Krzysztofem Pendereckim
zaowocowała) oraz transowego „Ful Stop”, reszta to kompozycje…
wyciszone. Rozmarzone „Daydreaming” z sennym śpiewem Thoma Yorke’a i
fortepianem (pojawia się także w „Tinker Tailor Soldier Sailor Rich Man
Poor Man Beggar Man Thief” czy „True Love Waits”), minimalistyczne
„Glass Eyes”, które do niejednej ścieżki dźwiękowej by pasowało,
zabarwiony folkiem „Present Tense” czy „The Numbers” na swój sposób
„bałaganiarski”, o dość swobodnej strukturze. Tu liczy się
niepowtarzalny klimat. Wspominałem, że to album bardziej melodyjny.
Oczywiście panowie nie zaczęli tworzyć utworów opartych na typowym
schemacie zwrotka-refren-zwrotka. To nie w ich stylu. Ale musicie
przyznać, że takie „Desert Island Disk” czy „Identikit” (warto zwrócić
uwagę na… solówkę gitarową!) mają „radioheadowo-przebojowy” potencjał.
Największe jednak ciarki powoduje „Decks Dark”. Ten filmowy chór to
istny majstersztyk. Na koniec wypadałoby wspomnieć, że część tych
utworów jest dobrze znana fanom. „True Love Waits” poznaliśmy w 1995,
inne grali na trasie promującej „The King of Limbs” (np. „Identikit”,
„Ful Stop”). Jednak trzeba od razu zaznaczyć – Radiohead nie odgrzewają
starych kotletów. Oni by do takiej sytuacji nie dopuścili, przypomnijmy
sytuację z „Amnesiac”, a wszystko będzie jasne. Szkoda byłoby, żeby
przepadły i dołączyły do grona nigdy nie wydanych oficjalnie.
Tak jak już pisałem: to najbardziej przekonujący ich album w XXI wieku. A
także najpiękniejszy spośród ostatnich pięciu „studyjniaków”.
Zdecydowanie – muzyczny maj należał do Radiogłowych (potwierdziło to
między innymi nasze wewnątrzredakcyjne głosowanie na płytę miesiąca),
ale pewnie nie tylko on. W rocznych podsumowaniach „A Moon Shaped Pool”
też znajdzie się wysoko. Jestem o tym przekonany. W końcu mówimy o
zespole światowej klasy.
9,5/10
Szymon Bijak