01. Orient Express
02. Abel i Kain
03. Wino i sól
04. Born to Die
05. Hiroshima
06. Motörhead
07. Quo Vadis II
08. Bóg postanowił odejść…
09. Beauty of the Lake
10. Dwugłowy orzeł
11. Rzeźnik 2016
Rok wydania: 2017
Wydawca: Jimmy Jazz Records
http://www.quovadis.metal.pl/
QUO VADIS to nazwa, która każdemu szanującemu się (mniej lub bardziej)
sympatykowi polskiego metalu nie powinna być obca. Szczecińska formacja
przez lata dorobiła się statusu legendy rodzimego thrashu i choć w
swojej karierze miała momenty te lepsze jak i gorsze, wciąż ma wiele do
zaoferowania, o czym najlepiej świadczyć może ich dziewiąty album.
Wydany w 2016 „Born to Die” niefortunnie uszedł mojej uwadze, ale jak to
mawiają, poniektórzy „co się odwlecze, to nie uciecze”. Tak też
wznowienie tegoż tytułu wpadło w moje łapska, o co niespodziankowo
zadbała wytwórnia Jimmy Jazz Records! Skąd jednak pomysł na kolejne
wydanie tej samej płyty i to w przeciągu tak krótkiego okresu czasu?
Otóż najpierw album ukazał się bez wsparcia jakiegokolwiek wydawcy –
zespół zrobił to własnym sumptem. Z jego dostępnością było różnie i
pewnie stąd decyzja ponownego wydania, ale już za pośrednictwem
wytwórni, ot cały szkopuł. Fanów zespołu powinien ucieszyć fakt, że nowa
edycja zawiera dodatkowy kawałek! I choć „Rzeźnik 2016” nie jest
premierową kompozycją, a tzw. klasykiem z przeszłości, to jego odnowiona
wersja robi dobre wrażenie. Skupmy się jednak na rzeczy najważniejszej,
czyli tym, co nowe.
Ku mojemu zaskoczeniu – po pierwszym uruchomieniu byłem tęgo
zaintrygowany (w pozytywnym sensie) – moje uszy dostały porządnego
kopniaka. Nie dość, że utwory kąsają metalowym jadem, brzmią soczyście i
kalorycznie, to jeszcze (lirycznie) poruszają tematy egzystencjalnie
aktualne. To stanowi wielki atut „Born to Die” i powiem więcej –
rezygnacja z anglojęzycznych tekstów byłaby w tym przypadku lepszym
posunięciem. O sile wyrazu tego wydawnictwa decyduje właśnie wymowna i
mocna siła przekazu, która przy użyciu języka polskiego dostaje
dodatkowego kopa! Czuć w tym naturalną siłę, przekonanie, że krzyczano –
śpiewane frazy nie są tylko i wyłącznie przypadkowym zlepkiem słów z
serii pt. „byle coś było”. Z drugiej strony nie są to poetyckie wywody
tylko mocna treść, która w połączeniu z treściwą muzyką ma w sobie
odpowiednią siłę! Uzupełnienie wyrazistego przykazu stanowi wymowna
okładka, pasująca nie tylko do samego tytułu płyty, ale również do
tematycznej zawartości wydawnictwa. Pod tym względem zadbano o ogólną
spójność z zachowaniem klimatycznej ciągłości.
Natomiast muzyka sama w sobie – mimo instrumentalnego zaawansowania,
technicznego obycia i dźwiękowego zaognienia, obfituje w wyrazisto –
przejrzyste formy o pokaźnej sile rażenia. Zespół wprawnie łączy
elementy klasycznego thrashu/heavy z nowoczesnością (szczególnie
produkcyjną) oraz ciężarem pozwalając sobie również na śmiałe wtrącenia
ekstremy spod znaku death metalu, co słychać już przy okazji
otwierającego „Orient Expressu” rozpoczynającego się orkiestracją –
intro. Panowie zdecydowanie preferują mocniejsze brzmienia poparte
intensywnie aktywną muzyką. Sprzyja temu dudniąca i drapieżna praca
sekcji rytmicznej, bezceremonialnie napędzająca dobrze naoliwioną
maszynę. Wtórują temu żarliwie aktywne gitary, które gęsto eksponują
kolejne pomysły, ale bez zbędnej (w tym przypadku) awangardy. Tutaj
chodzi przede wszystkim o odpowiedni cios i to sprawdza się w tym
przypadku wręcz idealnie. Uzupełnieniem dźwiękowych szaleństw jest
agresywny wokal Tomasza Skuzy – jego partie mimo agresji nie są
pozbawione melodyjności. To przekłada się na obecność motywów (nie tylko
refrenów, ale także zwrotek), potrafiących na dłużej zakotwiczyć w
świadomości słuchacza. Pojawiają się też miłe niespodzianki jak choćby
wpadający w ucho, specyficzny motyw wokalny w trakcie „Abel i Kain”,
silnie przywołujący na myśl manierę Romana Kostrzewskiego, czy też
zwracające na siebie uwagę chórki wokalne jak choćby ten lekko
orientalny w refrenie do „Wino i Sól” oraz anglojęzyczny podczas
zwolnienia „Motörhead”. Nie brakuje także fachowych solówek gitarowych,
których forma i styl potwierdzają techniczne zaawansowanie. Pod względem
umiejętności panowie nie pozostawiają złudzeń – QUO VADIS to zespół
doświadczonych muzyków. Dzięki temu kompozycje obfitują w ciekawe
rozwiązania instrumentalne nierzadko o progmetalowym zacięciu, które
doskonale uzupełniają nabrzmiałe struktury utworów. Co tu dużo mówić,
jest czego posłuchać, a co najważniejsze, cieszy fakt, że zespół z takim
stażem wciąż ma w sobie tyle żaru i werwy!
Dlatego skoro lubicie krajowe produkty spod znaku thrash metalu (w sumie
nie ma tego tak wiele), sentymentem darzycie takie grupy jak KAT,
TURBO, DRAGON, a nawet VADER itd. z wysokim prawdopodobieństwem
przypadnie wam do gustu „Born to Die”. QUO VADIS nie wyjałowieli i choć
brzmią nowocześniej (takie czasy) nie można im odmówić metalowego ognia –
jest moc!
8,5/10
Marcin Magiera



















































