1. 9:28 a.m.
2. I Am I
3. Damaged
4. Out of Mind
5. Bridge
6. Promised Land
7. Disconnected
8. Lady Jane
9. My Global Mind
10. One More Time
11. Someone Else?
Rok wydania: 1994
Wydawca: EMI
http://www.queensryche.com/
Ziemia obiecana
Rok 1994. Cztery długie, bardzo długie lata minęły od poprzedniego
krążka – „Empire”. Oczekiwania wiernych fanów były ogromne, choć z
drugiej strony wielu zwróciło się w stronę ówczesnej grunge’owej mody.
Świat zmieniał się drastycznie, a wraz z nim zmieniała się również
muzyka. Czy Queensryche unieśli ciężar oczekiwań i zmieniających się
upodobań i zainteresowań? Przede wszystkim czy utrzymali wysoki poziom
swojej własnej twórczości?
„Promised Land” to płyta wyjątkowa w dyskografii Queensryche. Wyjątkowa z
kilku względów. To zupełnie inna muzyka niż poprzednie albumy. Mniej
tutaj riffów, typowo metalowych zagrywek, o wiele więcej przestrzeni i
klimatycznego grania. Nad tą płytą unosi się mroczna atmosfera,
momentami wręcz ponura i przytłaczająca. Nie można powiedzieć, aby
twórczość Queensryche była kiedykolwiek jakoś nadzwyczajnie radosna, ale
jednak na poprzednich krążkach dawało się znaleźć wiele utworów co
najmniej żwawych. Tutaj tego nie uświadczymy. Muzyka jest mroczniejsza
(„I Am I”), spowolniona, często stonowana („Out Of Mind”, „Bridge”,
„Lady Jane”, „Someone Else”), momentami wręcz monumentalna („Promised
Land”). Muzycy starają się również trochę eksperymentować, zarówno z
formą, jak i z dźwiękami. Słychać to dobitnie w utworze „Disconnected”,
rozimprowizowanym, a nawet chwilami lekko jazzującym. Całość jednak ma
jeszcze jedną wielką zaletę: płyta jest bardzo równa, nie ma na niej
wypełniaczy, a układ utworów sprawdza się idealnie.
Nie znajdziemy tu ani jednego typowego przeboju. Każde z nagrań
natomiast wymaga od nas całkowitego skupienia. To nie jest muzyka do
samochodu, to nie jest album na rockową imprezę. To ambitny, dojrzały i
wysublimowany materiał, który zadowoli nas dopiero po kilku podejściach.
W tej płycie kryje się niewysłowione piękno, takie utwory jak „Bridge”
czy cudowny, zagrany tylko na fortepianie „Someone Else” potrafią
wycisnąć niejedną łzę. Generalnie muzyka zespołu nabrała swego rodzaju
szlachetności, wkroczyła na wyższy poziom. Do tego trzeba wspomnieć o
dojrzałych i inteligentnych tekstach (wspaniały „Bridge”). Queensryche
osiągnęli apogeum swoich możliwości twórczych, dojrzeli i skomponowali
arcydzieło. Nie bójmy się wielkich słów tam, gdzie one są jak
najbardziej na miejscu.
Nagrania brzmią znakomicie, przejrzyście i nowocześnie. To już płyta na
miarę lat 90, ale jednak nie brakuje jej zalet poprzedniej epoki.
Muzycy nie stanęli w miejscu, nie poszli za łatwym ciosem, jakim byłoby
nagranie „Empire 2”, lecz z drugiej strony nie do końca wpisali się w
modę o nazwie grunge. Znaleźli własne oryginalne brzmienie i nagrali
przepiękny album, który, co ważne, brzmi wspaniale i świeżo również po
latach. Ba, może właśnie teraz brzmi jeszcze lepiej?
Zespół na przestrzeni 10 lat przebył bardzo długą drogę, aby dotrzeć do
punktu, który okazał się być zakończeniem pewnego ważnego okresu w
historii Queensryche. Po nim grupa wstąpiła na równię pochyłą, która
miała się wyrównać dopiero prawie 20 lat później, w innych
okolicznościach, w innym świecie, w innych konfiguracjach personalnych.
Czy to najlepsza płyta Queensryche? Hm, na pewno jedna z trzech najlepszych.
PS
Zawsze utwór „Lady Jane” kojarzył mi się subiektywnie troszkę z
kawałkiem Dream Theater „Space-Dye Vest”, albo może odwrotnie.
Ciekawostką jest to, że „Promised Land” ukazał się dokładnie dwa
tygodnie po „Awake”.
9/10
Arkadiusz Cieślak
























































