1. Innuendo
2. I’m going slightly mad
3. Headlong
4. I can’t live with you
5. Don’t try so hard
6. Ride the like wind
7. All god’s people
8. These are the days of out lives
9. Delilah
10. The hitman
11. Bijou
12. The show must go on
Rok wydania: 1991
Wydawca: Parlophone
Dzień 24 listopada zawsze kojarzyć się będzie z przynajmniej dwoma
smutnymi wydarzeniami muzycznymi z przeszłości: 24 listopada 1994 roku
doszło do tragicznego pożaru w Hali Stoczni gdańskiej, gdzie odbywał się
koncert grupy Golden Life (śmierć wówczas poniosło 7 osób, a około 300
zostało rannych). Z kolei trzy lata wcześniej, 24 listopada 1991 roku
odszedł jeden z największych wokalistów rockowych wszech czasów – lider
Queen, Freddie Mercury. Za życie, jakie prowadził. zapłacił najwyższą
cenę – zmarł w wyniku powikłań spowodowanych AIDS. W tym roku przypada
zatem 25 rocznica Jego śmierci, ale i zarazem 70. rocznica urodzin, jak
również 25-lecie wydanego w tym samym roku albumu „Innuendo”, uznawanego
przez wielu słuchaczy za najlepszy w historii grupy.
Wszystkie te daty to dobra okazja, aby przypomnieć tę płytę. 25 lat to
przecież jedno nowe pokolenie, którego przecież nie było jeszcze na
świecie, gdy Queen było u szczytu popularności. Jest to też dobry powód,
aby sprawdzić czy ta muzyka dalej ma swoją moc i świeżość, którą
powaliła nie tylko fanów Królowej przed ćwierćwieczem.
Album otwiera tytułowe „Innuendo”. Rozpoczynamy od werbli Rogera
Taylora. Razem z Freddiem odliczamy „raz, dwa, trzy, cztery” i oto
ruszamy w muzyczną podróż pod przewodnictwem Żonglującego Światami
Klauna z okładki. Z całą mocą do głosu dochodzi charakterystyczna gitara
Briana Maya, lecz sam początek to także genialne brzmienie topornej i
groźnie kroczącej gitary basowej Johna Deacona. Od pierwszych sekund
rewelacyjny jest również Freddie, fizycznie mocno już schorowany i
osłabiony, ale wokalnie pełen nadludzkiej siły. Zaś sama kompozycja to
muzyczny pomnik, który po latach śmiało można określić jako kontynuację
„Bohemian rhapsody”. Składa się z kilku różnych mini-części, z których
tak naprawdę każda z osobna mogłaby być osobnym utworem. No i ten tekst:
będziemy próbować nadal iść tą cienką linią/będziemy próbować nadal po
prostu wyprzedzać nasz czas… Jednym ze znaków rozpoznawczych tego numeru
jest także środkowa część w postaci mistrzowskiej solówki na gitarze
hiszpańskiej, zagranej przez Steve’a Howe z grupy Yes. Aby numer był
jeszcze ostrzejszy owa solówka za chwilę grana jest niemal
heavy-metalowo przez Maya, a później następuje powrót do początkowej
struktury. Nie było wcześniej w historii i nie będzie już w przyszłości
takiego utworu…Poza samą muzyką warto zwrócić także uwagę na równie
imponujący wideoklip, który zrealizowano wykorzystując między innymi
technikę animacji poklatkowej.
Po ponad sześciu minutach królewskiego przywitania, czas przejść do
numeru dwa. Jest nim „I’m going slighthly mad”. Charakterystyczne
klawisze zapowiadają, że będzie dziwacznie. I właśnie tak jest, bowiem
piosenka opowiada o bziku, szaleństwie (dostaję lekkiego świra –
przyznaje nam się Freddie) i w takiej konwencji jest utrzymany utwór –
trochę jak kiwający się błazen z nakręcanej zabawki. Solówka na gitarze
trochę krótka, ale za to równie zbzikowana, podobnie jak teledysk, w
którym Freddie występuje np. z kiścią bananów na głowie. Sama końcówka
już należy do gitary basowej. Dum-dum-dum-dum-dum… I kto tu zbzikował…?
Świat numer trzy na płycie to „Headlong”. Rozpędza się znów Królowa w
klasycznym rockowym i rewelacyjnie zagranym rockandrollu. Bawi się
również wokalista i śpiewa tu niesamowicie dobrze i zadziornie.
Natomiast bez wątpienia w tym kawałku króluje Brian May i jego gitara.
Nieco ponad cztery minuty świetnego rockowego i szybkiego grania.
Przejdźmy zatem do numeru cztery – jest nim stosunkowo mało znany „I
can’t live with you”. Tu z kolei mamy do czynienia raczej z ukłonem w
stronę naprawdę starego grania Queenu. Chóralne zaśpiewy oraz nieco
beatowa gra okraszona współczesnym brzmieniem oraz Freddie wspinający
się na wyżyny swoich możliwości wokalnych. W samym utworze dzieje się
dużo, lecz na tle pozostałych jest trochę blady. Mam wrażenie, że trochę
go jednak przytłacza wielkość innych numerów.
Takich jak chociażby kolejny na albumie, „Don’t try so hard”. Zaczyna
się nieco nostalgicznie, ale przez to równie pięknie. Freddie w ten
jedyny niepowtarzalny sposób „gra” swoim głosem, postanawia zaufać
wysokim rejestrom i trzeba przyznać, że robi to niesamowite wrażenie –
niemal jakby łkał lub nawet płakał, a może to po prostu ból, jaki wtedy
przeżywał, powodował że śpiewał niemal przez zęby…Niesamowicie jest
również wtedy, gdy w połowie utworu do głosu dochodzi gitara
elektryczna. I zawsze już te ciarki na plecach. Jest to jeden z
najbardziej przeszywających utworów, jakie skomponowano. Tym samym
jesteśmy na półmetku.
Drugą część płyty otwiera „Ride the wild wind”. Niezwykle szalone tempo,
które niczym wiatr mknie przez uszy i umysł. Momentalnie przypomina się
tu inna lokomotywa z historii Queen – „Breakthru”. Mistrzowsko wypada
gra gitar (elektrycznej, jak i basu w tle) oraz subtelne klawisze, a
całość świetnym tempem spina genialna perkusja. Szybka jazda zakończona
jest ciekawym solem na klawiszach, które niestety się wycisza.
Numerem siedem jest najmniej znany „All god’s people”, który troszkę
odstaje od całości. W tym przypadku Freddie zmienia się trochę w
śpiewaka gospel, kaznodzieję. Na uwagę zasługuje ciekawa gra klawiszy
oraz typowo queenowskie harmonie wokalne.
Na szczęście przed nami kolejny wielki utwór: „These are the days of our
lives”. Ciekawe bongosy, lekkość i znów grający swym głosem,
„opowiadający” Freddie. Na uwagę zasługuje przede wszystkim wspaniały
tekst (to były dni naszego życia/złych rzeczy w życiu było niewiele),
jak i ciekawa i niezwykle wymowna solówka gitary Briana Maya – zupełnie,
jakby żegnał się on ze swym wieloletnim przyjacielem. Świetna,
podsumowująca życie piosenka, zakończona niezwykle szczerym wyznaniem,
wypowiedzianym szeptem: I still love you…
Wyznaniem, choć jednak nieco innym, jest również kolejny numer,
„Delilah”. O tyle nietypowy i nawet żartobliwy, bo Freddie pozdrawia
jedną ze swoich… kotek. W tle ciekawe klawisze i ten miauczący Brian, a
wraz z nim Freddie. Jeden z pogodniejszych na tej płycie utworów.
Chociaż, jeśli uzmysłowimy sobie, że to również pożegnanie…
Z kolei „The hitman” to znów niemal metalowe granie i po raz kolejny
niesamowicie śpiewający Mercury. Kawałek trochę w stylu lat 80. XX
wieku, ale dzięki temu mający niezłą moc i siłę rażenia.
Jednak to, co najlepsze, dopiero przed nami – niemal Instrumentalne
„Bijou”. To krótka, ale bardzo wymowna i bardzo przeszywająca gra gitary
współbrzmiąca idealnie z króciutkim tekstem Freddiego, który tym razem
żegna się z kimś wyjątkowym (ty i ja, jesteśmy sobie
przeznaczeni/zgodzisz się spędzić resztę naszego życia wspólnie?/resztę
naszych dni, jak kochankowie?/na zawsze – tak – na zawsze/mój
klejnocie…). Brzmi to jak zapowiedź kolejnego równie przeszywającego
utworu, którym jest…
…„The show must go on”. W tym tytule i w tym tekście jest wszystko,
zarówno rada, jak i drogowskaz, co muzycy (ale i fani) mają robić, kiedy
zabraknie już głosu i osoby Freddiego Mercury’ego: wewnątrz moje serce
pęka/mój makijaż może się złuszczyć/lecz mój uśmiech wciąż pozostanie.
No i ta świadomość bliskiej śmierci: mogę latać, przyjaciele! To jest
jeden z tych numerów, których nie wypada nie znać: poważny śpiew
wokalisty, powodujące ciarki klawisze i mistrzostwo emocji w refrenie. I
ostatnia, blaknąca prośba: go on, go on, go on, go on….
To jest album naznaczony świadomością przemijania. Czasem tak bywa, że
te wielkie albumy rodzą się w prawdziwych bólach, nawet tych fizycznych.
Freddie i pozostali muzycy wiedzieli, że to będzie ich ostatni wspólny
album, który można uznać za podsumowanie wspólnej muzycznej drogi i
podziękowanie złożone na ręce wszystkich fanów. Dzięki temu wszystkiemu
„Innuendo” jest jednym z kamieni milowych muzyki, które trzeba znać.
10/10
Mariusz Fabin
























































