01. XXIII
02. XVI
03. XVIII
04. XIX
05. XXI
Rok wydania: 2011
Wydawca: –
Kiedy dostałem z redakcji propozycję „rzucenia uchem” na najnowszą
twórczość pewnej nieznanej mi dotychczas grupy, pomyślałem sobie, że
będzie ciekawie. Muszę jednak przyznać, iż nazwa zespołu Pussy Lovers
troszeczkę mnie odstraszyła, a i zasugerowała bym do końca poważnie tej
muzyki nie traktował. Mimo wszystko okazało się, że Pussy Lovers gra
zupełnie inaczej niż się spodziewałem, co jest sporym plusem.
Zespół powstał w roku 2004. Parę ładnych lat już więc minęło. Wszystko
zaczęło się w Krakowie pod nazwą Eric Roberts & The Pussy Lovers,
bo tak na początku brzmiała pełna nazwa grupy. Ciężko jednoznacznie
sklasyfikować ich muzykę. Jest to mieszanka hardcore’u oraz rocka/metalu
alternatywnego, choć podczas słuchania ich najnowszego dzieła można
również odnaleźć nu-metal.
Wcześniejsze dokonania zespołu zostały wydane we własnym wydawnictwie
Emo As Fuck Recordz. Tym razem udało się zebrać środki z pomocą
megatotala, i w ten sposób światło dzienne ujrzała płyta, a właściwie
EPka o dość niecodziennym tytule składającym się z liczb rzymskich –
„XXIIIXVIXVIIXIXXXI” – skojarzyło mi się nieco z ostatnim albumem
formacji Blindead. Jeśli owy tytuł „połamiemy” na części to powstaną z
nich nazwy poszczególnych kawałków zawartych w szesnastu (z sekundami)
minutach muzyki.
Na początku ciche i niewyraźne dźwięki plączą się gdzieś w tle. Po
chwili dostajemy już pierwsze mocniejsze uderzenie z rozpoczynającym
mini album „XXIII”. To najdłuższa, bo trwająca prawie cztery minuty,
kompozycja zawarta na tym wydawnictwie. Już od początku wyróżnia się
przyjemna gra basu, a także wokal. Momentami jest mocny i skrzeczący.
Innym razem lekki, czasem brzmiący jakby zza szklanej ściany. Całkiem
ciekawe partie instrumentalne pojawiają się w drugim „XVI”, który
płynnie przechodzi w „XVII”. W kolejnym „XIX” na pierwszym planie będzie
całkiem przyzwoita partia gitary, a w kończącym EP „XXI” najbardziej
podobać się może wokal. Ostatnie dźwięki przypominają pierwsze. Znów
cicho, niewyraźnie i…koniec.
Nie ma specjalnie wybijających się numerów. Całość jest raczej dość
równa i słucha się tego całkiem nieźle, choć rewelacji nie ma. Płytka
mogłaby nieco lepiej brzmieć, choć słyszałem ostatnio sporo znacznie
gorzej brzmiących wydawnictw, więc tragedii też nie ma. Ogólnie rzecz
biorąc „XXIIIXVIXVIIXIXXXI” to całkiem udane wydawnictwo, przy którym
można posiedzieć i się odprężyć.
6/10
Bartosz Trędewicz














































