1. Fight Fire
2. Black Mourning
3. Patriarch
4. Last Man, Last Round
5. Valour
6. Over The Top
7. Never Divide
8. Blitzkrieg
9. Open Insurrection
10. Armistice
Rok wydania: 2010
Wydawca: Superball Music
http://www.myspace.com/purereasonrevolution
Drogi Czytelniku, znasz przypowieść o synu marnotrawnym? Na pewno
znasz. A pamiętasz taki zespół, co to w 2006 roku zachwycił progrockowe
towarzystwo swoim debiutanckim albumem? Pure Reason Revolution – tak się
zwał. Pojawiały się nawet opinie, jakoby stanowili oni nową nadzieję
tego troszeczkę skostniałego gatunku. A później?! Później wydali ten
nieszczęsny krążek z gaciami na okładce! Och, polały się wtedy
progresywne łzy i zazgrzytały artrockowe zęby. I wiesz co, Czytelniku?
Pure Reason Revolution powraca. „Niczym ten biblijny synalek”, chciałoby
się napisać, choć nie potrafię sobie przypomnieć, żeby ojciec w
przypowieści, zamiast przeprosin i uznania racji, dostał kopniaka w
tyłek i zobaczył wysunięty palec środkowy swojego syna.
Muszę zasmucić wszystkich, którzy liczyli na powrót do artystycznych
korzeni Pure Reason Revolution na „Hammer and Anvil”. Ortodoksyjni
wyznawcy rocka progresywnego najnowsze dzieło Brytyjczyków wyśmieją już
przy słuchawkach w Empiku. Zespół bowiem rozsmakował się na dobre w
przesterach, elektronice i wszelkiej maści studyjnych ozdobnikach. Ale
to nie był jedyny powód, przez który „Amor Vincit Omnia” spotkał się z
chłodnym niczym syberyjskie lasy przyjęciem. Album cierpiał najbardziej
przez kompozycyjną ułomność, którą elektronika jedynie starała się
(wyjątkowo nieudolnie, żeby nie było wątpliwości) zamaskować. Trzeba
przyznać, że ten problem został zażegnany, aczkolwiek (o ile prostsze
byłoby życie bez tych wiecznych „ale”!) pojawił się nowy, dla niektórych
mogący stać się przeszkodą nie do ominięcia…
Pure Reason Revolution nie stanęli w miejscu i w całą tę elektronikę
weszli… Jeszcze głębiej. Do sampli i ozdobników doszły wszelkiej maści
zgrzyty, ściany gitar, całe mnóstwo szczegółów na drugim, a czasem
nawet trzecim planie. W efekcie takiego niebezpiecznego zagrania
dostajemy najbardziej agresywne dzieło Brytyjczyków, które elementy
techno lekką ręką miesza z alternatywnym metalem. Czy w takim
szaleństwie jest metoda? Narażę się bardzo, jeżeli zniszczę napięcie i
napiszę „hell yeah”? Pewnie nie, bo nikt nie zaczyna recenzji od
początku i najpierw rzuca okiem na ocenę 🙂
„Hammer and Anvil” w najbardziej „krytycznych” momentach przypomina
nieco muzykę Pendulum i właśnie te kawałki błyszczą najjaśniej. Kiedy
ściana dźwięku, elektroniczny beat, masa przesterowanych gitar na chwilę
cichnie, aby wybuchnąć jeszcze mocniej. Kiedy musisz nagle zerwać się z
kanapy i ściszyć muzykę, aby nie narazić się na fochy domowników lub
telefon sąsiadów do służb policyjnych. I takich utworów dostajemy
całkiem sporo. Niesamowicie agresywny „Fire Fight” z połamanym tempem i
licznymi jego załamaniami, budujący kolejne warstwy dźwięku „Black
Mourning”, w którym powraca najbardziej rozpoznawalny element muzyki
Pure Reason Revolution – harmonie damsko – męskie, czy iście metalowy
„Last Man, Last Round”, gdzie elektroniczny mrok przyprawia o gęsią
skórkę.
Po tak mocnym początku albumu dostajemy trzy bardziej melodyjne
utwory, które łączą wspomnianą agresywność z rozmarzonymi refrenami
niczym z debiutanckiego krążka. To jedyne, choć dosyć delikatne
nawiązanie do „The Dark Third”, moim osobistym zdaniem, psuje budowane z
takim wysiłkiem agresywne wrażenie całości. Oczywiście, robi się głośno
(jak w zakończeniu „Valour” lub „Never Divide”), ale mając w pamięci
szczytowe momenty początkowych kompozycji, jestem gotów napisać, że to
„słabszy element” „Hammer and Anvil”.
I takim sposobem, wracamy do utworów kontrowersyjnych, głośnych i
bezczelnie agresywnych. „Blitzkrieg” stanie się zapewne największym
koszmarem fanów debiutu – do połowy utworu słyszymy jedynie klubowy
beat, rozbudowywany o kolejne warstwy dźwięku, gdy nagle wszystko się
załamuje, a słuchacza koi nieco delikatna harmonia wokalna przy
pianinie. Przesterowane gitary i elektronika mają osiągają definitywny
szczyt przy „Open Insurrection”, najbardziej epickim momencie albumu.
Ściana dźwięku, którą tutaj usłyszysz, drogi Czytelniku, aż przywodzi na
myśl „Get All You Deserve” Stevena Wilsona i na słuchawkach robi
piorunujące wrażenie. Na sam koniec Brytyjczycy raczą nas melodyjnym
„Armistice”, utrzymanym w popowym klimacie lat 80. Oczywiście, i tutaj
doczekamy się eksplozji, choć obejdzie się bez sięgania po pilot.
Zauważyłeś już na pewno, że o najnowszym albumie Pure Reason
Revolution wypowiadam się pozytywnie. Dziwi to nawet mnie, bo byłem
jednym z „miażdżycieli” „Amor Vincit Omnia”. Ale ten krążek Brytyjczyków
jest po prostu o wiele lepszy, nawet jeżeli na drodze „progresywny rock
– elektronika” zrobili kilkadziesiąt kroków w tym drugim kierunku. Jak
pisałem, intrygujące wykorzystanie komputera w muzyce nie musi jej od
razu szkodzić. Jednak (bo przecież jakieś „jednak” być musi), do „Hammer
and Anvil” polecam podchodzić ze wzmożoną ostrożnością i dobrym
sprzętem muzycznym – tylko w ten sposób da się całą tę muzyczną
agresywność docenić. W gruncie rzeczy, jestem bardzo pozytywnie
zaskoczony.
7/10
Adam Piechota















































