1. The Enemy Inside (Part 1)
2. The Enemy Inside (Part 2)
3. The Enemy Inside (Part 3)
4. The Enemy Inside (Part 4)
5. The Enemy Inside (Part 5)
6. Inflicted
7. Disillusion
8. Edge of Discovery
9. Trial and Tragedy
Rok Wydania: 2009
Wydawca: Progrock Records
Ta płyta rodziła się w bólach, największe problemy zespół miał z wokalistami…
Ale oto jest skład, jest i album. Trochę zaskakuje termin wydania
albumu, zbliżony dość do premiery ostatniego albumu Redemption (w którym
również gra Chris Quirarte), ale muzycy chyba nie chcieli już zwlekać.
Na poprzedniej płycie oczywistą zaletą był szokujący koncept. Tym razem
również mamy do czynienia z albumem tematycznym, ale teksty schodzą
nieco na boczny tor z powodu natłoku wrażeń związanych z muzyką.
W zasadzie konstrukcje albumu podzielić można na 3 części. Pierwszą z
nich stanowi pięcioczęściowy The Enemy Inside, trwający niemal 19 minut,
kolejne trzy utwory środkowa część albumu, bardziej zorientowana na
prog metal, oraz ostatni dwudziestominutowy utwór Trial and Tragedy…
Można ją podzielić, ale nie trzeba. Płyta od początku do końca zawiera
charakterystyczne dla zespołu elementy, jednak w porównaniu do Tragedy
of Innocence wydaje się bardziej melodyjna i mniej połamana.
Mimo to przyznać trzeba, że The Enemy Inside zawiera wiele łamanych
rytmów i odjechanych solówek, do tego spore ilości dysonansów wokalu w
stosunku do głównej melodii instrumentarium – wprowadzają nieco jazzowy
klimat. Jeśli już o wokalizach mowa, będzie to zapewne element
najbardziej interesujący osoby, które miały przyjemność obcować z
albumami poprzednimi. Otóż barwą głosu Jackson Haskett przypomina
skrzyżowanie Steve’a Hogartha i Ozzyego, feelingiem bywa, że „zalatuje”
Blackiem Lawlessem… mieszanka wybuchowa!
Kolejnym znakiem rozpoznawalnym są klawisze, często stanowiące spokojne
tło, ale i atakujące z progresywną siłą, a to w postaci Hammondów, ale i
szalonych progmetalowych dźwięków i brzmień, wiele też pojawia się
partii pianina.
W przypadku grupy, której liderem wydaje się być perkusista,
niedopatrzeniem byłoby nie wspomnienie o sekcji rytmicznej. I tym razem
jest spokojniej… Chris gra bardziej złożone rytmy niż choćby na Snowfall
on the judgement day, ale prostsze niż na poprzedniej płycie Prymary.
Bas za to brzmi klarownie i soczyście, mimo że bywa nisko zestrojony.
I tym razem muzyka prezentowana przez Prymary jest niebanalna i
ambitna… na pewno zaś progresywna. Wydaje się że album (mimo bardziej
zakręconych wokaliz) jest bardziej przystępny. W szaleństwie jest
metoda, a Prymary swoje podejście do prog metalu podszytego tym razem
większą dawką progresywnego rocka, opakowuje w świetne melodie…
Może to zabrzmi jak herezja, ale w spokojniejszych momentach (głównie
pianino i wokale) kojarzyć mogą się z Marillion (z ery Hogartha).
Kolejna rzecz, która może wydać się niemożliwa osobom, które słyszały
poprzednie dzieło amerykanów – The Enemy Inside wydaje się być albumem
bardziej dojrzałym. Zespół rozwinął się i dzięki ukłonom w stronę
progresywnego rocka i wyważeniu łamanych solówek z klimatycznymi
melodiami wydaje się stawiać zespół w nieco innym świetle.
Jedno jest pewne album jest tak intensywny i zmienny, że nie sposób się
przy nim znużyć. W moim prywatnym rankingu, nowa płyta Prymary przebija
(dość wysoką) pozycję albumu poprzedniego. Często recenzję kończy się
wyrażaniem nadziei co do poprzedniego albumu. Tym razem nie będzie
takiej potrzeby… Wygląda na to, że The Enemy Inside zagości na moich
playlistach na długo. Prymary wydali świetny album… może nawet genialny.
9,5/10
Piotr Spyra














































