1.Prophets of Rage
2.The Party’s Over
3.Killing in the Name (Live)
4.Shut Em Down (Live)
5.No Sleep Til Cleveland (Live)
Rok wydania: 2016
Wydawca:
Jednym z moich największych marzeń jest zobaczenie na żywo oryginalnego
składu Rage Against the Machine. Gdy więc kilka miesięcy temu na nowej
stronie internetowej grupy rozpoczęło się tajemnicze odliczanie, szansa
na jego spełnienie diametralnie wzrosła. Ciśnienie podskoczyło w górę,
ekscytacja sięgnęła zenitu. Okazało się jednak, że to nie powrót, a
powstanie nowej supergrupy.
Tom Morello, Brad Wilk i Tim Commerford połączyli siły z członkami
Public Enemy, Chuckiem D oraz DJ Lordem, a także B-Realem z Cypress Hill
i w ten sposób do życia powołano Prophets of Rage, czyli grupę, której
zadaniem jest walka – jak to określa Morello – „z tegorocznym zalewem
gówna związanego z wyborami prezydenckimi”. Misja zespołu jest więc
jasna i klarowna. Przejdźmy zatem do zawartości muzycznej, którą
przygotowali dla nas panowie na swojej debiutanckiej EPce „The Party’s
Over”.
Przede wszystkim rozczarowuje ilość premierowego materiału. Tak naprawdę
otrzymaliśmy tylko jeden nowy utwór. O tytułowym numerze można byłoby w
skrócie napisać: skrzyżowanie Audioslave (początek) z RATM (dalsza
część, zwłaszcza refren). W sumie tego można było się spodziewać. Jest
nieposkromiona energia, świetnie zgrana sekcja rytmiczna (duet
Commeford-Wilk nie ma sobie równych), maestro Morello też trzyma
wszystko w ryzach. Stęsknieni za takim graniem będą w siódmym niebie.
Jest tylko jedno „ale” – za mało jednak w tym wszystkim nowych pomysłów,
za dużo odgrzewania dobrze znanych patentów.
O pozostałych pozycjach nie można powiedzieć, że to „nowości”. „No Sleep
Til Cleveland” to reinterpretacja „No Sleep Til Brooklyn” z repertuaru
Beastie Boys, tyle że ze zmienionym tekstem i odpowiednim, metalowym
dociążeniem, którego w oryginale – rzecz jasna – nie było. Warto go
odpalić dla znakomitej, długiej solówki „pana w czapeczce”. Tym popisem
(ciary murowane) po raz kolejny udowadnia, że jest gitarzystą przez duże
„G”. Bardzo dobrze wypada także studyjna wersja „Prophets of Rage”.
Trochę gorzej „Shut Em Down”, zwłaszcza dziwaczny wstęp, ale w obu
numerach Public Enemy słychać „rage’ową” moc, nogi same rwą się do
skakania, więc tym mnie kupili. Wyjątkiem „Killing in the Name”, który
kompletnie nie przekonuje. O ile w wyżej wymienionych numerach B-Real
wraz z Chuckiem D dają radę, to w klasycznym numerze Rage Against the
Machine brakuje po prostu Zacka de la Rochy. Wokalisty, którego zastąpić
się po prostu nie da.
Trudno mi jednoznacznie ocenić „The Party’s Over”. No bo z jednej strony
brakowało mi takich kopniaków, dźwięków, za którymi mocno tęskniłem
przez ostatnie lata, ale z drugiej nie jest to cios ostateczny (zbyt
dużo „cudzesów”). Taki, po którym słuchacz się szybko nie podniesie. Być
może na długogrającym albumie nadrobią zaległości. O ile takowy w ogóle
powstanie. Jeśli nie, supergrupa Prophets of Rage pozostawi po sobie
niedosyt.
Szymon Bijak















































