01. The Hunter
02. Destroyer
03. Far Away
04. I Am The Primal Fear
05. Tears Of Fire
06. Heroes And Gods
07. Hallucinations
08. Eden
09. Scream
10. The Dead Don’t Die
11. Crossfire
12. March Boy March
13. A Tune I Won’t Forget
14. Bridges Will Burn
Rok wydania: 2025
Reigning Phoenix Music
https://www.facebook.com/PrimalFearOfficial
Muszę przyznać, że byłem sceptycznie nastawiony do trzęsienia ziemi w obozie Primal Fear, wymiana połowy składu, tuż przed nagraniem nowej płyty, budziła obawy. I o ile za bębnami posadzono człowieka znanego w branży (Andre Hilgers grał przecież w Rage), to osoba młodej gitarzystki (Thalìa Bellazecca), która w swoim portfolio ma występy we Frozen Crown budziła sporo kontrowersji. Jak bardzo te zmiany wpłynęły na efekt końcowy, czyli płytę „Domination”? No właśnie nieznacząco. Trudno mi bez rozpiski na zasadzie „kto gra jakie solo” ocenić umiejętności gitarzystki (to przyjdzie nam zweryfikować na żywo), ale w kompozycjach słychać szlif Magnusa Karlssona, spod którego palców wyszło wiele kapitalnych albumów.
Do tej pyty podchodziłem z obawami i (przyznam) bez zaufania. Niepotrzebnie. Przecież Karsson odcisnął kompozytorskie i producenckie piętno nie na jednej produkcji zespołu. I jeśli podobały wam się poprzednie płyty (jak niżej podpisanemu), to „Domination” nie wyrwie was z tego stanu. Album jest dość intensywny jeśli chodzi o melodykę, ale i rytmikę. Kolejne kawałki wydają się zbliżone klasą przez co można mieć przesyt, albo wrażenie klęski urodzaju. Ja zupełnie przez przypadek znalazłem na to sposób. Bowiem pierwsze odsłuchy nastąpiły w trasie. Po połowie płyty dojechałem do celu, dalszy ciąg nastąpił w drodze powrotnej. Ta procedura powtórzyła się bodaj cztery razy. Kiedy nastąpił odsłuch cięgiem, właściwie znałem już większość melodii, gro refrenów potrafiłem sobie podśpiewać, zanucić charakterystyczne motywy. Płyta mi się wgryzła. Całość może i wydawała mi się nieco przydługa, ale nie nachalna. Może to kwestia czasów… coraz ciężej nam skupiać uwagę, a albumy na powrót zaczynają oscylować w okolicach winylowego czasu trzech kwadransów. I nagle godzina takich dobroci okazuje się być dla słuchacza wyczerpująca.
Okazuje się jednak, że kiedy biorę pod uwagę tracklistę, niechętnie bym przy niej majstrował. Płyta z biegiem trwania nie traci walorów, potrafię wskazać do listy moich ulubieńców utwory rozpoczynające krążek, na równi z wieńczącymi. Tu i ówdzie mam jakieś spostrzeżenia, które chętnie zweryfikuję, przy okazji czytania wywiadów z zespołem. Zastanawiałem się na przykład jak zespół długo czekał, żeby zatytułować utwór „I am the prilmal fear”. Trochę drapie mnie w uszy tekst refrenu „Heroes and gods” (sprawdźcie sami). Kolejna uwaga – genialnie sprawdza się utwór instrumentalny w połowie płyty. Karlssonowe klawisze – i aż przydałby się wgląd w booklet, z opisem kto gra kolejne solówki (czy Magnus dał cokolwiek poszaleć Thalii). Oprócz singlowych, jednym tchem do faworytów zaliczę jeden z ostrzejszych – występujący pod koniec „March boy march”. Warto wspomnieć też o cameo, bowiem w utworze „Eden” w bardzo nienachalnych partiach pojawia się Melissa Bonny. Bardzo przyjemny ozdobnik powerballady.
Biorąc pod uwagę początki zespołu, a obecne oblicze, objawi nam się produkcyjna przepaść. Na szczęście zespół zdołał przez lata przyzwyczaić fanów do tej ewolucji. Agresywny wokal Ralpha w obecnej wygładzonej produkcji sprawdza się doskonale, a całość jawi nam się jako charakterystyczna stylistyka zespołu. Miałem parę lat rozbratu z ich twórczością, ale od paru płyt prezentowana przez nich formuła bardzo mi pasuje. I może ich muzykę w konfrontacji z tekstami można by przyrównać do słynnego mema z labradorem i wilkołakiem, ale przecież to ich piętnasta płyta, zaraz stuknie im trzydzieści lat działalności. Chyba nie muszą nikomu nic udowadniać. Niby też przy każdej okazji czepiam się ich okładek, które bywają kiczowate (od pomysłu po wykonanie) ale paradoksalnie, również mi to nie przeszkadza. Ja to kupuję. A czepiam się tylko z powodów obiektywnych i kronikarskiego obowiązku. „Domination” to świetna płyta i prawdopodobnie mój album miesiąca.
8,5/10
Piotr Spyra



















































