1.Apocalypse
2.New Rise
3.The Ritual
4.King of Madness
5.Blood, Sweat & Fear
6.Supernova
7.Hail to the Fear
8.Hounds of Justice
9.The Beast
10.Eye of the Storm
11.Cannonball
Rok wydania: 2018
Wydawca: Frontiers Records
Po raz pierwszy ten głos usłyszałem równo dwadzieścia lat temu, kiedy to
z dość dużych i ciężkich głośników w krakowskim klubie „Pod Przewiązką”
buchnął utwór „The wild hunt” grupy Therion. Gościnnie zaśpiewał w nim
Ralf Scheepers, który nieco wcześniej rozstał się z grupą Gamma Ray, by
stworzyć nową markę na scenie metalu – Primal Fear. Tak naprawdę nigdy
nie starczało mi czasu, żeby na bieżąco zapoznawać się z produkcjami
Ralfa i myślę, że nowy album Primal Fear to dobra okazja, żeby po latach
znów wsłuchać się w ten wokal. „Apocalypse” to dwunasty krążek w
dorobku grupy. Poprzedni, wydany dwa lata temu („Rulebreaker”) zbierał
całkiem dobre recenzje, czego dowodem jest koncertowe DVD z trasy, która
zahaczyła także o stolicę Małopolski. Dla porządku należy tylko
uzupełnić, że za „Apokalipsę” odpowiadają: wspomniany Ralf Scheepers za
mikrofonem, Mat Sinner na gitarze basowej oraz panowie Tom Naumann,
Magnus Karlsson oraz Alex Beyrodt na gitarach. Za perkusją zaś zasiada
Francesco Jovino.
Rozpoczynamy od pełnego grozy intra „Apocalypse”: bicie serca, dzwony,
jakieś chóralne zaśpiewy. Po chwili dołączają gitary i nabijająca rytm
perkusja. Tłuczemy szybę i przechodzimy do „New rise”. Już od samego
początku jest piekielnie szybko, przez chwilę natomiast swoje gardło
testuje Ralf, by następnie wejść już w swoje rejestry. Trzy gitary
dobrze ze sobą współgrają, nie wiem jednak, czy dobrym pomysłem jest
dublowanie wokalu. Powoduje to lekki chaos w kompozycji. Na szczęście
pod koniec robi się wręcz perfekcyjnie, gdzie Ralf śpiewa dość niskim
głosem, a równocześnie jego wokal podśpiewuje chórek. Szybko, bez
żadnego kompromisu i treściwie.
Można więc przejść do „The ritual”. Odpala go mocna perkusja Francesco i
jeszcze cięższy riff gitary. Potem jest dość dziwnie. Mam wrażenie, że
Ralf śpiewa do innej melodii niż prowadzi główny riff. O ile jeszcze
refren jakoś się trzyma, o tyle kompletnie to nie współgra we zwrotce. W
trakcie mamy jeszcze solówkę, która może i jest ciekawa, tyle że nijak
nie pasuje do kawałka. Na razie może i jest ciężko, lecz zupełnie bez
wyrazu.
„King of madness” otwiera dość ciekawa gitara, która już chyba słyszałem
w jednym z kawałków Accept. Następuje dość dobry (idealny na koncerty)
zaśpiew Ralfa oraz zwiększenie mocy riffu, do którego na szczęście
dostosowuje się tym razem wokal. Jest znów niestety problem
nienajlepszej produkcji. Coś mi tu nie gra. Myślę, że jednak trzy
nieumiejętnie nagrane gitary (gdzie każda gra co innego), to jednak za
dużo. Nie jest to niestety marka Iron Maiden, gdzie gitary ładnie ze
sobą współgrają, bo grają na nich ludzie, którzy znają swoje miejsce w
zespole. Tu niestety każdy chce być równocześnie prowadzącym, co robi
temu utworowi dużą szkodę.
„Blood sweat & fear” to z kolei riff łudząco podobny do
„Jawbreaker”. Jest może tylko trochę szybszy i Ralf też całkiem nieźle
daje tu radę. Gitary też wreszcie grają tak jak potrzeba – nie
przeszkadzają sobie wzajemnie. Ten numer brzmiałby jeszcze lepiej, gdyby
udało się do niego zaprosić Roba Halforda. Zdecydowanie najlepszy
kawałek z dotychczasowych. Interesująco wypada również wzajemna wymiana
zdań gitar. Mamy także do czynienia z tymi górkami Scheepersa, za które
go niegdyś polubiłem.
Kolejną propozycją jest „Supernova”. Tym razem rozpoczynamy od klawiszy i
smyków, by całość rozruszać bardzo ciekawym riffem gitary. Ale ładnie
dudni bas w tle podczas śpiewu Ralfa! Podobnie zresztą, jak i perkusja.
Nareszcie coś wartego uwagi. Solówka z kolei brzmi, jakby zainspirował
ją sam Dio – idealnie tłumiona, ale to, co palce wyprawiają na gryfie w
okolicach czwartej minuty to metalowa klasa. Jeszcze tylko smaczki w
postaci klawiszowych smyków i można przejść do kolejnej propozycji w
postaci „Hail to the fear”.
Jak ja lubię takie riffy na początku! Bez żadnych udziwnień, tylko
czysta gra. Również rytm daje mocno po uszach. Jest ciężko, topornie,
ale i (co najważniejsze!) melodyjnie. Bardzo dobrze też wyważony dublet
wokali. Warto zwrócić uwagę na solówkę, która ani na chwilę nie zmienia
tempa, by wejść w riff prowadzący. No panowie, nie można było tak od
początku?
Czas na singlowy „Hound of justice”. Z początku przytłumiona gitara
staje się motorem napędowym numeru. Ten kawałek z kolei kojarzy mi się
trochę halfordowym epizodem pod tytułem Fight, do którego nie za bardzo
pasuje jednak lżejszy, nieco nickelbackowy refren… Zresztą słychać, że
jest to taki kawałek do puszczania w radiu (rzecz jasna nie w kraju nad
Wisłą). No i jak na singiel, niestety nie za wiele się w nim dzieje.
„The Beast” to dość dziwna gra gitar, taka trochę pod Accept. Znów
niestety w utwór wkrada się chaos. Tym razem Francesco wali w bębny jak
oszalały, nie za bardzo słuchając jak grają gitary. I nawet jeśli
zmienia się ustawienie riffu, to perkusja nadal gra dokładnie tak samo.
Niestety, pomimo sztuczki z wokalem w refrenie (ciekawe uwypuklenie
słowa „the beast”), kolejny średniak na albumie. A szkoda, bo już było
tak ładnie…
Przedostatni na albumie to „Eye of the storm”. Otwiera go dość
pompatyczny riff, oraz werble. A później zespól serwuje konkurs pod
tytułem „z jakiego utworu wzięliśmy poszczególne elementy?”. Mamy tu i
„Heaven and hell” Black Sabbath i mamy „Morphine child” Savatage. Ale i
mamy także wstawkę a’la Nightwish (brakuje tylko Tarji). A wszystko to
połączone z iście tandetnymi klawiszami. Brakuje jeszcze tylko chórków
rodem z Dimmu Borgir. Na szczęście musi mi w tym numerze wystarczyć Ralf
udający Alice Coopera połączonego z Halfordem, i gitarki akustycznej
spod znaku „Dziennika szaleńca”. Panowie, czemu idziecie drogą ctrl+c –
ctrl+v? Miejcie litość… No i niestety zabrakło pomysłu na zakończenie
utworu, więc, jak zawsze w takich sytuacjach, trzeba go wyciszyć.
Ostatni na tym albumie to „Cannonball” – klasyczny pędzący wypełniacz,
nie wyzwalający w zasadzie żadnych emocji. Poza zniecierpliwieniem.
Mam wrażenie, że album „Apocalypse” powstał w pośpiechu, bo wytwórnia
przesłała takie zlecenie. Muzycy weszli do studia w okolicach stycznia
2018, a już w sierpniu płyta jest na półkach sklepowych. Wątpię, by w
tak krótkim czasie dało się stworzyć coś poukładanego, przemyślanego i
wartościowego. Poza dwoma-trzema utworami album ten jest mocno średni i
naciągany. Ja się nie daję oszukać na zabawy pod tytułem „jaka to
parodia?”.
4/10
Mariusz Fabin















































