PREHISTORIA – 2025 – Cryptic Halo

1. Futile Invocation of Cosmic Acknowledgement
2. Rise
3. Salvation Denied
4. Obsidian Gateways
5. Everlasting Legacy
6. Paradise Lost
7. Crown of the Resolute
8. Crucible of Shadows
9. Dreamchaser

Rok wydania: 2025
Wydawca: Stormspell Records
Bandcamp


Niby człowiek stara się śledzić ruch na rynku muzycznym, sprawdza nadchodzące premiery, a mimo to, niekiedy ni stąd, ni zowąd w ręce wpada prawdziwa perełka, materiał zespołu, o którym nie wiedzieć czemu, wcześniej nie miało się bladego pojęcia. Nie inaczej było z najnowszym wydawnictwem grupy PREHISTORIA i tylko dziękować opatrzności, że przy nawale muzycznych bodźców, na całe szczęście nie przeoczyłem tej płyty w ogóle – to byłaby ogromna strata (zwłaszcza dla mnie).

„Cryptic Halo”, bo o nim mowa, miał swoją premierę w lutym ubiegłego roku i co może dziwić, jest to dopiero pierwszy album studyjny tej amerykańskiej formacji. A skąd wynika moja konsternacja? Ponieważ po tym co można usłyszeć, naprawdę ciężko uwierzyć, iż mamy do czynienia z debiutem! Wcześniej (w 2022 roku) zespół wydał jedynie EP-kę zawierającą cztery treściwe utwory, które stanowiły swego rodzaju zalążek, wyrazisty zwiastun, zapowiadający nadejście czegoś większego. Tym właśnie jest „Cryptic Halo”, przyciągający uwagę dość specyficzną – jak na te czasy – szatą graficzną, za której wykonanie odpowiada niejaki Adam Burke. Choć w tych czasach coraz trudniej stwierdzić autentyczność – wydaję się, że frontowa grafika nie jest sztucznym tworem, a dziełem człowieka. „Apokaliptyczno – mityczny”, a do tego niepokojący obraz, w pełnej okazałości można zobaczyć dopiero po rozłożeniu książeczki. Jest to ciekawy pomysł świadczący o tym, iż kwestie wizualne nie są w tym przypadku marginalizowane. Znowu wnętrze bookletu, choć na pewno skromniejsze, zawiera wszystko co potrzeba (tylko nie bardzo rozumiem ciągu liter, liczb na dole praktycznie każdej ze stron… być może moja wersja zawiera pewien defekt); niezbędne informacje, dwa zdjęcia grupowe oraz czytelnie wyeksponowane teksty. W tej materii zespół postawił na ogólną spójność; mianowicie warstwa liryczna jest poniekąd rozwinięciem, a może dopełnieniem oprawy wizualnej – na pewno ze sobą harmonizują. W swoim ogólnym przekazie, choć jak wiadomo, rozumienie tekstów jest podszyte subiektywnym odczuciem, zespół przy wykorzystaniu mitycznej otoczki odnosi się do kwestii związanych z wyzwoleniem, dążeniem do wolności, znalezieniem energii i siły do przeciwstawienia się przeciwnościom losu, przytłaczającej rzeczywistości. Można też odnieść wrażenie, że w całej tej apokaliptycznej atmosferze nie ma mowy o rezygnacji, a wręcz przeciwnie – nie brakuje woli walki, pozytywnej energii.

Energii nie brakuje również w przypadku muzyki, a ta ma wiele do zaoferowania i to pod wieloma względami. Już sam wstęp w postaci niepokojącego intro skutecznie podgrzewa atmosferę i potęguje narastające napięcie. Pokaz dźwiękowej mocy uwalnia się już za moment, przy okazji otwierającego „Rise”, którego zagęszczenie dźwiękowe momentami zbliża zespół w rejony zarezerwowane dla bardziej ekstremalnych tworów muzycznych (mam tu na myśli wyważone użycie blastów, zresztą nie tylko w tym kawałku). Pierwsze minuty utwierdzają też w przekonaniu, że słuchacz będzie obcował z muzyką bardziej wysublimowaną, niebanalną, taką nie tylko „na jeden raz”, ale do dłuższej kontemplacji. Podobnie mają się sprawy w przypadku kolejnych kompozycji, które tętnią życiem i nie ma mowy o tzw. „zamulaniu”. Prezentowane pomysły charakteryzują się dużym zróżnicowaniem, żywiołowością oraz melodyjnością, co ma ogromne znaczenie jeżeli chodzi o ogólną rozpoznawalność. Sporym atutem zespołu są umiejętności instrumentalne oraz nienaganny warsztat – pod tym względem ciężko mieć jakiekolwiek obiekcje. Jest tu wszystko to, czego wymaga muzyka metalowa, wysoce aktywna i dynamiczna praca sekcji rytmicznej, zadziorne gitary oraz charyzmatyczny wokalista. To właśnie jego charakterystyczna barwa głosu nadaje całości wyjątkowego charakteru, kolorytu. Alonso Donoso posiada mocny wokal i co wielu może ucieszyć, nie dystansuje się on od wysokich rejestrów. Pod tym względem – być może mylenie – wyczuwam zafascynowanie twórczością Kinga Diamonda. Zresztą nie przejawia się to wyłącznie w sferze wokalnej, ale również pod względem muzycznym. Biorąc pod uwagę chociażby „Obsidian Gateways”, nie sposób nie poczuć ducha, specyfiki znamiennej dla twórców kultowego „Abigail”. Jeszcze bardziej było to namacalne przy okazji „Cursed Land” (wspomniana wcześniej EP-ka). Tym razem jednak zespół wyraźniej zdystansował się od znamienitych wzorców, stawiając większy nacisk na wykreowanie własnego oblicza. Czy to się udało? Ciężko o jednoznaczną odpowiedź, bo w obecnych czasach niełatwo wypracować swój własny, rozpoznawalny styl, ale jedno jest pewne – PREHISTORIA jest na dobrej drodze, by tak właśnie się stało. Patrząc też przez pryzmat wcześniejszego wydawnictwa, czuć duży progres – słychać, że grupa ewoluuje, poszerza kręgi muzycznych możliwości i nie spoczywa na laurach. To z pewnością dobry prognostyk na przyszłość.

Pozytywne wrażenie robią również gitarowe partie solowe, które oprócz brawury, posiadają melodyjne usposobienie oraz naturalną witalność. Co ważne, nie są one zlepkiem przypadkowych dźwięków wedle reguły „byle gęściej, byle szybciej”. W tej kwestii moją szczególną uwagę zwróciła finezyjna solówka w wyżej wspomnianym „Obsidian Gateways”, która w swoim rozwinięciu, przywołuje na myśl specyfikę gitarowego solo, jakie wykonał niegdyś Ralph Santolla, w jednym z klasyków Deicide (mowa o „Homage for Satan”). Takich szczególnych momentów na „Cryptic Halo” jest mnóstwo i ciężko nawet wskazać jednoznacznego faworyta (najlepszy utwór), bo płyta jest dość wyrównana i klimatycznie spójna. Amerykanie z powodzeniem pozwalają sobie na pewną dowolność, ponieważ mimo zagęszczonego instrumentarium, metalowego żywiołu, który przeważa, nie brakuje atmosferycznych zwolnień (pod tym względem na uwagę zasługuje zamykający całość rozbudowany „Dreamchaser”), przestrzennych motywów, które można usłyszeć np. przy okazji „Paradise Lost”. Stąd też muzyka nie nuży i przy każdym kolejnych odsłuchu, pozwala wychwycić coś nowego. W odbiorze całości pomaga odpowiednio „ukręcone” brzmienie. Mimo selektywności i mocy, kompozycje nie brzmią sztucznie, co jest bolączką coraz większej ilości nowych wydawnictw. Tutaj z powodzeniem połączono nowoczesność z bardziej klasycznym podejściem do tematu, naturalnością, dzięki czemu odbiór muzyki jest komfortowy. W tej sferze – zgodnie z informacjami zamieszczonym we wkładce – swoje piętno odcisnął ceniony Simone Mularoni (gitarzysta DGM), który był odpowiedzialny z miks i mastering. Osiągnięty efekt robi jak najbardziej pozytywne wrażenie. Ktoś może zapyta – a czy wydawnictwo posiada jakieś słabe strony, mankamenty? Osobiście takich nie znajduje, a biorąc pod uwagę fakt, że jest to debiutancki album, to naprawdę ciężko mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Całość wzbudza ewidentnie pozytywne odczucia, co zachęca do kolejnych odsłuchów.

Tak naprawdę gdybym na „Cryptic Halo” natknął się wcześniej, album z całą pewnością znalazłby się w moim top 2025 i nie rzucam słów na wiatr. Wydawnictwo zrobiło na mnie bardzo ogromne wrażenie. Niby muzyka nań zawarta nie jest specjalnie nowatorska, jednak ma w sobie to coś. Zespół – przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie – dokładnie wie co chce przekazać i dodatkowo ma na siebie pomysł. Kto lubi ambitniejsze granie, tzw. amerykański power metal w bardziej drapieżnym wydaniu, a do tego lubuje się w specyfice Iced Earth, Manticora, Symphony X czy też Nevermore, ten powinien zakosztować twórczości formacji PREHISTORIA, bo jest ona tego warta. Nie mam złudzeń, że grupa stworzyła bardzo solidny materiał i mam nadzieję, że nie będzie to jednorazowe przedsięwzięcie – osobiście czekam na więcej! Poczynaniom tegoż zespołu zamierzam się bacznie przyglądać, a oceny innej niż najwyższa, w przypadku tak mocnego debiutu, nawet sobie nie wyobrażam.

10/10

Marcin Magiera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *