1.Fire & Forgive
2.Demons Are a Girl’s Best Friend
3.Killers With the Cross
4.Incense & Iron
5.Where the Wild Wolves Have Gone
6.Stossgebet
7.Nightside of Siberia
8.The Sacrament Of Sin
9.Venom Of Venus
10.Nighttime rebel
11.Fist By Fist ( Sacralize Or Strike)
Rok wydania:2018
Wydawca: Napalm Records
„Posłuchaj, posłuchaj muzyki Dzieci nocy”. Tymi słowami Dracula vel
Nosferatu przekonywał swego gościa z Anglii do wsłuchania się w
wywołujące dreszcze dźwięki wołania dzikiej watahy. Kilka wieków później
wilcze dźwięki wciąż potrafią być wspaniałą muzyką, i nie mam tu na
myśli wyłącznie zwierząt z gatunku Canis Lupus. Tym razem mowa o
niemiecko-rumuńskiej power metalowej grupie Powerwolf. Szczerze mówiąc
gdy słyszę hasło „kolejna płyta z gatunku power metal”, dostaję białej
gorączki. Bo czymże ów gatunek może jeszcze zaskoczyć? A jednak…
Do odtworzenia najnowszego krążka wspomnianej grupy („The sacrament of
sin”) zachęciły mnie tak naprawdę dwie rzeczy. Po pierwsze: fantastyczna
okładka albumu (przypominająca trochę konceptem „The numer of the
beast” Maidenów), gdzie rozgrywa się szatańsko-bosko-wilkołacza
rozgrywka o duszę człowieka. Druga rzecz to pochodzenie i krąg
zainteresowań wokalisty, Attili Dorna: Rumunia i tamtejsze podania i
legendy. Jako, że Rumunia to piękny i wciąż jeszcze nie do końca poznany
przez nas kraj, postanowiłem zaufać muzykom. Jest ich pięciu. Poza
Attilą w grupie jeszcze grają Charles Greywolf (na gitarze basowej),
jego „brat” Matthew (zbieżność nazwisk przypadkowa) na gitarze, na
klawiszach Falk Maria Schlegel, na perkusji zaś Roel van Helden.
Jako opener grupa serwuje „Fire & forgive”, gdzie z wolna
rozbrzmiewają dzwony i rozmyte gdzieś w przestrzeni kościelne chorały.
Po chwili jednak do głosu dochodzi już metalowa brać i robi się
prawdziwie płomiennie. Jest klasycznie powermetalowo, lecz jednak z
kapitalnym pomysłem: lekkim zwolnieniem tempa i wstawką śpiewaną po
łacinie, dzięki czemu kawałek zyskuje swoistą uduchowioną poświatę. A
ponieważ mamy tu do czynienia z metalem, tak więc trzeba go wykuć, o
czym nausznie możemy się przekonać.
Pora na dwójkę. „Demons are a girl’s best friend” to od samego początku
dobry, chwytliwy numer. Klawisze brzmią trochę kościelnie. Ale tak to
miało brzmieć. W zwrotce przybierają one zupełnie inną barwę i są
ozdobnikiem wokalu (coś na zasadzie „Vincenta Price’a” Purpli). Refren
zaś przeznaczony jest do wspólnego śpiewania, co będzie można
przetestować na listopadowym warszawskim koncercie. Wstawka mówiona
natomiast zalatuje żartobliwą i zamierzoną karykaturą Papy Emeritusa z
Ghost. Sam numer dość przebojowy, chwytliwy – nie bez powodu wybrano go
na singiel, promujący album.
Przejdźmy zatem do trzeciego w kolejce „Killers with a cross”. Znów
zakonne klimaty. Tym razem melorecytacja łacińska brzmi jak połączenie
głosu Romka Kostrzewskiego z głosem „wczuwającego się w rolę” Daniela
Olbrychskiego. Wybitnie smakowite rozpoczęcie. Następnie mamy już do
czynienia z klimatami „okołosabatonowymi” – jest metalowo, ale i
zaskakująco, poprzez mnisie zaśpiewy, świetne klawisze i kroczący bas.
Znalazło się również miejsce na całkiem przyjemną solówkę. Muszę
przyznać że porwał mnie ten kawałek, głownie dzięki swojej żywiołowości.
Z przyjemnością przechodzę zatem do kolejnej propozycji, a jest nią
„Incense & iron”. I znów panowie trafiają w moje gusta. Lira korbowa
zawsze mile widziana, i tak jest właśnie tym razem. Nie przypuszczałem,
że tzw. „hurdy-gurdy” w połączeniu z werblami da tak piorunujący efekt.
Już na starcie wiem, że ten kawałek będzie bardzo dobry. Tu nie ma
zbędnego kombinowania – jest za to świetny pomysł na linię melodyczną, a
refren to już klasyczny koncertowy skakaniec. Warto zwrócić uwagę na
ozdobniki w postaci chóralnego zaśpiewu, a także (gdy kawałek jest już
rozpędzony) powrót do początkowego folkującego motywu, po to by pozwolić
dojść do głosu warsztatowi gitarowych popisów. Ależ to było dobre! I
efektowne, i efektywne.
Następnym utworem jest „Where the wild wolves have gone”. Przy
akompaniamencie pianinka i innych delikatnych ozdobników zespół
prezentuje balladę. Mamy tu do czynienia z wolniejszą zwrotką, ale
mocniejszym refrenem. A to wszystko przy bardzo dobrych klawiszach i
bębnach w tle. Co ciekawe, znalazło się tu też miejsce na chorałowe
wokalizy, a także solówkę. Jak na to, że jest to pierwsza ballada w
wykonaniu Powerwolfa, to muszę przyznać, że to całkiem niezła
kompozycja.
Po chwili odpoczynku czas zawyć ponownie. „Stossgebet” to jeszcze raz
bardzo dobry, chwytliwy riff oparty na klawiszach i gitarze. I jeszcze
raz łacińskie wersety. Ależ łagodnie Attila przechodzi z łaciny na…
niemiecki. To samo się tyczy zespołu, który z delikatnych angielskich
klimatów potrafi porządnie uderzyć niemieckim, niemal „acceptowym”
panzerfaustem. Nie wiem jak oni to robią, ale ładunek w tym numerze jest
tak duży, że prochu starcza jeszcze naprzemienne zaśpiewy niemiecko –
angielskie.
O ile poprzednie utwory były bardzo dobre, o tyle „Nightside of Siberia”
dla mnie jest tym najlepszym na krążku. Od samego początku świetne
orkiestracje, a tego, co się wyprawia w głównym riffie, nie powstydziłby
się i powermetalowy odcień Theriona. I ta okołorosyjska linia
melodyczna w refrenie: ależ się dzieje w tym kawałku! Tu nie ma ani
jednej zbędnej nuty. Jest jazda do przodu, z przytupem, ale za to jak
treściwie. Chcemy „Syberii” w Warszawie!
Po tym rewelacyjnym kawałku Nadszedł czas na numer tytułowy. „The
sacrament of sin” to z początku chwila „grozy”, by następnie przejść już
w klasyczną powermetalową łupankę. Również w refrenie niewiele zmienia
się tempo. Tak więc galopada z historią w tle. Na szczęście po pewnym
czasie jest chwilka na złapanie oddechu i wsłuchanie się w solówkę.
Numer dziewięć to „Venom of Venus”, również klasycznie powermetalowa
propozycja, ale ze stempelkiem wilczych kłów Powerwolfa. Czyli na
szczęście z dobrym riffem i prawdziwie „koncertową” energią oraz nośnym
refrenem. Jest całkiem nieźle, a naprawdę przyjemnie robi się, gdy obaj
gitarzyści dają próbki swoich umiejętności, czyniąc ten numer takim,
jakim być powinien.
Przedostatnią propozycją grupy jest „Nighttime rebel”. Otwierają go
kościelne organy połączone z ciężkimi gitarami. Później mamy istną
mieszankę klimatów: a tu coś w rodzaju U.F.O., a za chwilę niemalże
Sabaton. A wszystko to oblane smacznym refrenem. W tym kawałku tli się
nadzieja, że dobre, metalowe granie jeszcze nie umarło. Dowodem na to
mogą na przykład być świetne solówki (co ważne, bez zbędnych efektów).
Są tylko palce i gitara. Jeszcze tylko parę razy (dla utrwalenia) refren
i można przejść do ostatniej kompozycji.
A jest nią „Fist by Fist (Sacralize or strike)”. I tym razem muzycy nie
uznają kompromisów. Niezwykle pompatyczny wstęp przerywa jeszcze
ciekawsza zwrotka oparta na quasi-operowych umiejętnościach wokalisty,
która prowadzi do podniosłego, chóralnego refrenu.
Z ogromną przyjemnością słucha się muzyki Powerwolfa. Bałem się, że będę
musiał znieść odsłuch którejś tam z kolei power metalowej kapeli, która
bez historii zaproponuje kolejną ciężkostrawną dawkę galopad, na wzór
dziesiątek innych zespołów. Tymczasem zostałem bardzo miło zaskoczony,
głównie dzięki okołokościelnym klimatom (organy, tajemnicze dźwięki,
itp.). Na duży plus melodyjne kompozycje, przemyślane zmiany tempa,
bardzo dobre umiejętności wokalne i przede wszystkim poszukiwania i
udane eksperymenty.
Niewątpliwie jest to jedna z najciekawszych płyt roku 2018.
9/10
Mariusz Fabin


















































