1.Neverworld (Power Quest, Part II)
2.Temple of Fire
3.Edge of Time
4.Sacred Land
5.When I’m Gone
6.For Evermore
7.Well of Souls
8.Into the Light
9.Lost Without You
Rok wydania: 2003
Wydawca: Now & Then Records
Power metal to dla mnie świętość, a takie kapele jak Freedom Call,
Celesty, Power Quest, Helloween, Edguy czy Insania należą do jednych z
wielu moich ulubionych. Zajmę się trzecią z wymienionych, czyli Power
Quest. Zespół pod wodzą Steve’a Williamsa, utalentowanego klawiszowca,
wypuścił w 2003 roku swój drugi album „Neverworld”. Po zeszłorocznym,
bardzo udanym zresztą, krążku „Sixth Dimension” postanowiłam wrócić do
płyty, którą wielbię nad wszystkie inne. Owszem, są wydawnictwa równie
udane, chociażby „Somewhere Out in Space” Gamma Ray, „Dawn of Victory”
Rhapsody, „Awakening the World” Lost Horizon, „Valley of the Damned”
DragonForce… Wymieniać mogłabym w nieskończoność, ale nie czas na to.
„Neverworld” to dziewięć kompozycji o czasie trwania niespełna godziny.
Ale jakiej godziny! Wypełnionej pełną istną bombą power metalową. Proszę
się jednak nie zrazić, że prawie każda piosenka trwa co najmniej 5
minut. Oczywiście nuda nie wchodzi w rachubę. W tym przypadku mamy do
czynienia z porządnie brzmiącą muzyką stricte power metalową. Taka miła
uczta dla ucha. Zacznijmy jednak od początku.
Płytę otwiera 9-minutowy utwór tytułowy – pełen rozmachu i piękna,
uroczej melodii oraz owspaniałej estetyce brzmienia. Fajnie współgrają
momenty szybkie i wolniejsze’; można na nich zawiesić ucho, a słuchacz
niczego nie pożałuje. Myślę, że „Neverworld (Power Quest, Part II)”
byłby doskonałym numerem na rozpoczęcie dnia. „Temple of Fire” to
najkrótszy kawałek na płycie, trwający 4 minuty. Jest do power metal do
potęgi n-tej (w dosłownym znaczeniu tego słowa). Tak na marginesie – czy
ktoś słyszał coś równie pięknego? Bo ja chyba „Toccatę z fugą d-moll”
Bacha. Sugerując się tytułem utworu power ma tutaj przedrostek
„ognisty”. Jest szybko, z mega energią i doskonałą grą muzyków, a sam
Alessio Garavello czyni ze swego głosu cuda. To właśnie od „Temple of
Fire” zaczęła się moja przygoda z tym albumem i jest on jednym z tych,
które chciałabym usłyszeć przed śmiercią. Jest tak iście powerowy, że
bardziej powerowy być nie może. Fani DragonForce powinni wyć z zachwytu,
że Power Quest bez Sama Totmana to równie zabójcza power metalowa
maszyna do zabijania.
Trzeci w kolejności jest „Edge of Time”. Klawiszowy wstęp wprowadza nas w
magiczny nastrój. Alessio nieco stłumił swój głos, instrumenty wysuwają
się na pierwszy plan. Mało efektowne, ale można przymknąć na to oko –
na tej płycie jest tyle znakomitych riffów i wokali, że głowa może od
nich rozboleć. Takie „Edge of Time” to pikuś. „Sacred Land” ruszył z
kopyta i gna niczym błyskawica. Mocno zakręcona muzyka działa pozytywnie
na słuchacza, nie sposób się przy niej nudzić i rozmyślać. W dalszej
części mamy balladę „When I’m Gone”. Bonusowa wersja na japońskim
wydaniu zawiera utwór zaśpiewany wspólnie z Sabine Edelsbacher z
Edenbridge. Nie przepadam za tym zespołem, jak i jego muzyką, więc
albumowa wersja z Alessio na wokalu nadaje się na niejedną metalową
prywatkę. Mimo, iż jest to typowa pościelówa, można wpaść w lekką
zadumę. Faktem jest to, że istnieją lepsze ballady, ale w „When I’m
Gone” mamy wysoko brzmiący wokal wokalisty. Nie będę owijać w bawełnę –
Alessio Garavello to jeden z moich ulubionych wokalistów power
metalowych. Oczywiście byłam zawiedziona, gdy odszedł z Power Quest. Ale
taka kolej losu. W 2017 roku grupa wydała swój szósty longplay i nie
oszukała fanów – jest to nadal ta sama muzyka, ale z innymi
instrumentalistami oraz wokalistą. Chity Somapala zbeszcześcił na „Blood
Alliance” power metalową modłę, więc Ashley Edison musiała stanąć na
wysokości zadania, a jak sobie z tym poradził – zachęcam posłuchać
„Sixth Dimension”. My jednak skupmy się na „Neverworld”.
„For Evermore” nieco zwalnia i jest bajecznie. Partie wokalne są na
wysokim poziomie, do gry muzyków nie mam zastrzeżeń – jest to typowa
klasyczna power metalowa piosenka, przy której można machnąć głową, czy
też tupnąć nogą. „Well of Souls”, obok „Temple of Fire” to potężna dawka
fantastycznej mocy, że aż trudno za nią nadążyć. Nie mam jej nic do
zarzucenia, więc przejdę do przedostatniego utworu jakim jest
niewątpliwie „Into the Light”. Fajne, radosne, pozytywne brzmienie,
które na tym albumie króluje. W „Lost Without You” gościnnie pojawia się
wspomniana Sabine Edelsbacher. Prawie 11-minutowa suita jest niczym
poranek – słońce powoli wstaje, wszystko budzi się do życia… Wraz z
pierwszymi dźwiękami powracamy do początku – symfoniczny wstęp zasługuje
na pochwałę. Po chwili dostojność zamienia się w uroczą balladę,
wokalne „przepychanki” Alessio i Sabine oraz znakomitą sekcję rytmiczną.
Jest majestat, jest błogość, jest zaduma, jest spokój, jest
niebiańskość – i tak w kółko, ostatni utwór jest bez dwóch zdań udanym
zakończeniem tego albumu. Balladowe zwrotki, patetyczny refren i do tego
sporo ciekawych riffów. Nic dodać, nic ująć.
Płyta „Neverworld” to klasyka power metalu. Każdy fan takich brzmień
powinien po nią sięgnąć. Jest tu wszystko, co być powinno: nienaganne
maniery, paleta kolorów, muzyczna głębia. Lubię wracać do tego albumu ze
względu na pozytywny przekaz. Sugeruję, że innych też on zainteresuje i
co najważniejsze – nie pożałuje, że w ogóle go kupił. Powroty bywają
wzruszające – tak też jest w moim przypadku. Muzyka sprzed kilku lat
słuchana regularnie – teraz wraca. Koi, leczy, umila czas. Kto nie ma w
swej płytotece niech kupuje. Kotem w worku nazwał „Neverworld” nie
można, możecie mi wierzyć. A więc… Do sklepu i upajajcie się tą godziną
muzycznej uczty, na którą zaprosił nas brytyjski Power Quest.
8/10
Marta Misiak















































