01.Gdzie Oni Są
02.Telefon
03.Ogień
04.Blask
05.Bezczelnie
06.Wielki Dzień
07.Kontra
08.Razem
09.Wtorek
10.Feng Shui
11.Prywatny Raj
Rok wydania: 2018
Wydawca: Universal Music Polska
W ostatnim kwartale ubiegłego roku obrodziło w wydawnictwa rodzimych
wykonawców, zwłaszcza jeżeli chodzi o ekstremalne granie. Również w
lżejszej stylistyce pojawiło się coś nowego – jedną z takich pozycji
jest najnowszy krążek rockowego POWER OF TRINITY, który miał swoją
premierę we wrześniu.
„Ultramagnetic” jest czwartym „długograjem” Łodzian. Jak w przeszłości
tak i tym razem album wydano w formie digipacku, tyle że o większej
funkcjonalności (niż to miało w przypadku „Legorock”). Tak na
marginesie, to właśnie okładka wydawnictwa z 2014 sprawiła, że płytą
zainteresowały się moje dzieci, które do tej pory wrzucają krążek do
odtwarzacza (magia Lego najwyraźniej działa). W kwestii graficznej, nowy
materiał nawiązuje do swojego poprzednika – chodzi głównie o żółte
barwy. Czyżby ten kolor stał się znakiem rozpoznawczym zespołu, czy też
jest to wyłącznie kwestia przypadku? Różnice graficzne występują
natomiast w dołączonej wkładce, która nijak ma się do tekturowego
opakowania. Zdecydowano się na zastosowanie kontrastów sprzyjających
ogólnej czytelności bookletu. Oprócz matowego papieru wykorzystano szare
odcienie co spotęgowało melancholijny nastrój, który przebija się także
w sferze dźwiękowej. Muzycznie zespół kontynuuje stylistyczną wędrówkę
swoich poprzedników. Jakby nie było, grupa może pochwalić się też inną
cechą szczególną. Mowa o wokaliście Jakubie Koźbie, a dokładniej
charakterystycznej barwie jego głosu. Z drugiej strony jego śpiew –
chodzi o aspekty czysto wokalne – przywołuje na myśl dwa inne polskie
zespoły; IRĘ oraz CARRION (z Grzegorzem Kowalczykiem za mikrofonem). Nie
ulega jednak wątpliwości, że już od pierwszych minut wiadomo z kim mamy
do czynienia (oczywiście jak ktoś wcześniej zetknął się z twórczością
tegoż zespołu). Grupie udało się wypracować swój własny, rozpoznawalny
styl, co jak wiadomo w obecnych czasach nie jest łatwe do osiągnięcia.
Utwory – bez wyjątku – wykorzystują polskie teksty i nie byłoby w tym
nic niezwykłego gdyby nie fakt, że w przeszłości pojawiały się akcenty
anglojęzyczne. Tym razem postanowiono zrobić inaczej, co uważam za
bardzo dobre posunięcie. Dużo lepiej prezentuje się album, kiedy
wszystkie utwory zaśpiewane są w jednym języku. Wówczas zachowany jest
pewien ład i porządek. Mimo to wiele zespołów – nie wiedzieć czemu –
lubi wtrącić jeden utwór (lub więcej) w innym języku, chociaż w
przeważającej części stosuje polskie teksty. Osobiście takie rozwiązanie
wzbudza u mnie wyłącznie irytację.
Nowy album to również mniejsza porcja przebojowości. Na „Ultramagnetic”
nie znajdziemy tak wielu hitów jak to miało miejsce w przypadku
„Legorock”. Chociaż i w tym przypadku jest kilka numerów wyróżniających
się pod tym względem, czego przykład stanowią m.in. oparty na silnej
partii basu „Blask” (przywołuje na myśl RED HOT CHILI PEPPERS), lekko
brytyjski „Wtorek” czy też „Prywatny Raj” o egoizmie w relacjach
partnerskich. Występują też momenty (np. zwrotka w „Bezczelnie”), kiedy
nie ma chemii na linii zespół/słuchacz, utwory nie wzbudzające większych
emocji, gdzie melodyka niespecjalnie trafia do świadomości odbiorcy.
Przez to można odnieść wrażenie, że niektóre kompozycje są jakby zbyt
wymęczone. Premierowy materiał jest również bardziej stonowany i skryty.
Jest w nich więcej szarości, jesiennej melancholii. Zespół wyraźniej
skręcił w kierunku bardziej atmosferycznego grania, chociaż sam ładunek
emocjonalny nie jest tu jakoś specjalnie uwypuklony. Jeżeli chodzi o
samą produkcję, album posiada ciepłe, przyjemne brzmienie pasujące do
prezentowanych pomysłów. W odniesieniu do poprzednika, jest ono
pełniejsze i bardziej profesjonalne, choć brakuje tu nieco wolnej
przestrzeni.
„Ultramagnetic” to materiał skierowany przede wszystkim do tych, którzy
preferują delikatniejsze rockowe brzmienia, okraszone polskimi tekstami.
Jest to album łatwy w odbiorze, którego przyswojenie nie sprawia
większych problemów. POWER OF TRINITY upodobali sobie prostsze formy o
melodyjnym charakterze i to wcale nie jest zarzut (żeby było jasne!).
Utwory swobodnie mogłoby zasilić radiowy repertuar (być może już tak się
dzieje – tego nie wiem), towarzysząc wielu osobom w zwykłym codziennym
życiu.
6/10
Marcin Magiera















































