1. My Dark Places
2. In The Blue Room
3. Heney Trap
4. Light On a Darkened Road
5. Night Smoke
6. Where The Sun Never Shines
7. Black With The Blues
8. Love Didn’t Save You
9. Dreaming Of Drowning
10. No Places To Go
11. Outta My Bed
12. Something New
Wydawca: Mystic Production
Rok wydania: 2014
http://www.johnporter.com.pl
W roku 2011 John Porter po dłuższym pobycie w mainstreamie powrócił
triumfalnie do miasta outsiderów płytą „Back In Town”. Album wypełniły
doskonałe piosenki udowadniające że muzyk jest nadal w wyśmienitej
formie twórczej. Płyta wgniatała w fotel nastrojem bliskim rejonom
zarezerwowanym przez Nicka Cave’a . Wszyscy spragnieni starego Johna
mogli delektować się zwycięskim przejazdem artysty główna ulicą
mieściny zamieszkałej przez społeczność wierną rockowym ideałom. Teraz
nastąpił ciąg dalszy. Teraz Porter w zadymionym saloonie kontynuuje
swoją muzyczną opowieść podróżnika, który niejedno widział, niejedno
przeżył. Numery wypełniające jego najnowsze wydawnictwo „Honey Trap” to
znów raczej wyciszone piosenki leniwie się snujące z głębi hałaśliwej
knajpy, zaśpiewane głosem godnym weterana.
Zaczyna się cudownie, dźwiękami organów Hammonda w „My Dark Places”, i
jeżeli kogoś nie przestraszą ostrzegawcze słowa „these are my spaces, my
dark places, please stay away” i mimo wszystko pewnym krokiem wejdzie
do środka czeka śmiałka kilkadziesiąt minut muzycznych wrażeń mocno
zanurzonych w folku. Momentami nasączony smutkiem ale w dawce
powodującej natychmiastowe przywiązanie do płynących melodii. Tak jest w
przypadku „Light On a Darkened Road” czy „Black With The Blue”. Nie ma
tutaj fajerwerków, to jest płyta w całości konsekwentnie nawiązująca do
rockowo – folkowej tradycji. Dla jednych może to być zarzut, dla mnie
jest bardzo ciekawym zestawem utworów zyskujących za każdym następnym
przesłuchaniem. Pozwalającym na delektowanie się różnymi niuansami jak
gitarowymi smaczkami w „In the Blue Room”. Z pewnością jest kontynuacją
pomysłów z albumu poprzedniego lecz nie w równy sposób doskonałą.
Odrębne słowo należy się okładce autorstwa niezłego grafika jakim jest
Gregory Manchess, który tym razem stworzył raczej …. niezłego koszmarka.
Gdybym nie wiedział kim jest pan którego nazwisko widnieje w górnym
lewym rogu pomyślałbym że jest to produkcja z gatunku disco polo lub w
najlepszym razie metalowy album klasy „B”. Wiem, wiem ognista dziewczyna
w uwodzicielskiej pozie jest zapewne tytułową pułapką mającą skusić
nas (facetów tylko?) na spotkanie z twórczością Johna, lecz drogie panie
na które malunek nie zadziała, naprawdę warto zagłębić się w treść
muzyczną płyty.
8/10
Witold Żogała













































