PORCUPINE TREE – 2009 – The Incident

CD 1:
THE INCIDENT
1. Occam’s Razor 1:55
2. The Blind House 5:47
3. Great Expectations 1:26
4. Kneel And Disconnect 2:03
5. Drawing The Line 4:43
6. The Incident 5:20
7. Your Unpleasant Family 1:48
8. The Yellow Windows Of The Evening Train 2:00
9. Time Flies 11:40
10. Degree Zero Of Liberty 1:45
11. Octane Twisted 5:03
12. The Séance 2:39
13. Circle Of Manias 2:18
14. I Drive The Hearse 6:41

CD 2:
1. Flicker 3:42
2. Bonnie The Cat 5:45
3. Black Dahlia 3:40
4. Remember Me Lover 7:28

Rok Wydania: 2009
Wydawca: Roadrunner Records


Wreszcie jest, oczekiwane z pewnością przez wielu, najnowsze dzieło Porcupine Tree. Chociaż zwolennicy talentu Stevena Wilsona nie mogą narzekać, przecież całkiem niedawno cieszyliśmy się pierwszą płytą sygnowaną jedynie jego imieniem i nazwiskiem, to jednak Wilson nie zasypuje gruszek w popiele. Jeszcze nie zdążyliśmy zgłębić wszystkich zakamarków jego mrocznej, solowej płyty a tu już do naszych rąk trafia kolejny dowód jego muzycznego talentu, nowy album Porcupine Tree, i to album podwójny!

Porcupine Tree powraca w wielkim stylu, chociaż mówiąc o stylu, to de facto zespół tego stylu nigdy nie utracił, należy raczej powiedzieć że styl ten przez kolejne lata ewoluował nabierając różnorakie „drzewojeżozwierzowe” formy i choć formy jakie nabierała ich muzyka może nie wszystkim odpowiadały to z pewnością były interesujące, twórcze a może po prostu progresywne?
W wielu fragmentach płyty możemy znów zachłysnąć się tą muzyczna przestrzenią którą cechowały takie płyty jak: „Up The Downstair”, czy „The Sky Moves Sideways” a której brakowało na ostatnich bardziej „dusznych” pozycjach z dyskografii „Porców”. Oczywiście Wilson nie byłby sobą gdyby na płytę nie przemycił kilku mocniejszych ocierających się o metalową estetykę fragmentów, ale nie jest ich tyle ile chociażby na płycie „Deadwing”. Nie zabrakło również mroczniejszych fragmentów podobnych do tych jakie zaserwował nam na swojej solowej płycie – „Insurgentes”.

Kiedy włożyłem płytę do odtwarzacza, w pierwszym momencie wydawało mi się, że pomyliłem album Porcupine Tree z grupą Rush, ale taki nieco „rushowy” był jedyne króciutki początek, po chwili już nie miałem wątpliwości że docierają do mnie „jeżozwierzowe” dźwięki. Z ogromnym impetem uderzyła we mnie „wilsonowska” fala uderzeniowa, w podobny sposób jak znienacka uderza w przechodnia samochód, potem nastrój opada, zastyga tak jak w bezruchu pozostaje potrącona ofiara, by znów wybuchnąć z podwojoną siłą, stanowiąc muzyczną ilustracje jeszcze bardziej makabrycznych incydentów. Podobno takie incydenty zainspirowały Wilsona do stworzenie tej suity. No właśnie suity, ponieważ pierwszą płytę tego dwupłytowego boxu, należy traktować jako całość, chociaż ta prawie godzinna kompozycja, nosząca tytuł „The Incident” podzielona została na 14 podtytułów. W dalszej części suity robi się bardziej przestrzennie, nie brakuje na niej pewnych ambientowych udziwnień i eksperymentów. W wielu fragmentach doszukać się można wszechobecnych w muzyce „floydowskich” wpływów, chociażby we fragmencie noszącym tytuł: „Time Files”, który bezsprzecznie kojarzy mi się z klimatem „Animals” (w końcu Jeżozwierz też zwierze). Właśnie ten fragment suity chyba najbardziej mnie ujął, dzięki świetnym gitarowym solówkom tworzącym niezwykle przestrzenny klimat. Jeszcze wyróżniłbym fragment kończący pierwszą odsłonę płyty: „I Drive The Hearse”. Jednak muszę nadmienić że płyta należy do tych, których pełny smak można docenić dopiero podczas wielokrotnego „spożywania”.
Drugi krążek nowego dzieła Porcupine Tree stanowią cztery krótsze i mniej zawiłe strukturalnie utwory. Druga porcja „jeżozwierzowego” dania z pewnością przypadnie bardziej do gustu tym słuchaczom którym nie są obojętne „blackfieldowe” dźwięki, może za wyjątkiem utworu „Bonnie The Cat”, który swą dynamiką znacznie wyróżnia się od pozostałych. Ostatnia kompozycja jest doskonałym, subtelnym zwieńczeniem tejże płyty, swym klimatem chyba najbardziej zbliżona do tego co Wilson wraz swoja ekipą prezentował na płycie „Stupid Dream”.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że jest to najwybitniejsze dzieło Wilsona i jego zespołu, ale bez wątpienia stawiam tą płytę wyżej niż jego poprzednie dokonania: „Fear of Blank Planet”, „Deadwing” czy nawet „In Absentia”.

8,5/10

Marek Toma

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *