Zdaniem części redakcji lipiec był słaby wydawniczo. Niektórzy zatem wstrzymali się od głosu w tym miesiącu… inni wskazali płyty, które na pewno nie znajdą się w ich rocznym podsumowaniu. Ale nie zabrakło też huraoptymistycznych wpisów.
DEEP PURPLE – „Splat!”
Tegoroczny lipiec stał pod znakiem nowych płyt starych artystów. Przypomnieli o sobie weterani z The Rolling Stones. Bez specjalnego szumu medialnego znak życia dał też Snowy White. Najbardziej czekałem jednak na kolejne dzieło obecnego składu Deep Purple. I chociaż w przypadku wymienionej trójki podmiotów wykonawczych ich nowe płyty okazały się słabsze od poprzedniczek, to jednak brytyjscy ojcowie hard-rocka wypadają tu zdecydowanie najbardziej korzystnie. Splat! jest konsekwentnym rozwinięciem pomysłów zaprezentowanych na Białym Albumie sprzed dwóch lat (w sensie =1). Simon McBride bryluje, dziadkowie dzielnie dotrzymują mu kroku. Nawet Ian Gillan w wersji studyjnej wciąż brzmi świetnie. Niech nam grają jak najdłużej.
Michał Kass
Chyba mało we mnie wiary. Od jakiegoś czasu jestem przekonany, że tym razem Deep Purple nie jest w stanie pozytywnie mnie zaskoczyć. I za każdym razem muszę się pokajać. Panowie pokazują niejednym młodym wilkom jak grać hard rocka z pazurem. Wysmażyli ponownie garść konkretnych rockerów. Kawałki, przy których dobrze będzie poskakać, ale też z niebanalnymi tekstami. Można się na chwilę zatrzymać przy tych historiach. Co niejednokrotnie poczyniłem. Zdaje mi się natomiast, że „Splat” to bardziej klawiszowa płyta. I co ciekawe – kompletnie mi to nie przeszkadza.
Piotr Spyra
ROLLING STONES – „Foreign Tongues”
Młodzieńcza werwa i radość z grania. Porcja świetnych piosenek, przegląd muzycznych fascynacji Stonesów. No i zaskakujący gość specjalny – lider The Cure w studiu z Jaggerem, Richardsem i Woodem. Kto by pomyślał…
Robert Dłucik
MADBALL – „Not Your Kingdom”
W Nowym Jorku najwyraźniej nastąpiło jakieś hardcorowe przebudzenie mocy. W zeszłym roku album wydał Biohazard i Agnostic Front. W tym, z medialnego niebytu nareszcie powrócił Pro-Pain. Jeszcze na dobre nie opadł kurz po ich genialnych koncertach, a kolejne, potężne tąpnięcie wywołała inna legenda nowojorskiej sceny – Madball. No, lepiej być nie może!
Robert Cisło
HAKEN – „In a Fever Dream”
Niestety to jedynie EP-ka a nie pełna płyta, jednak uważam, że każdy fan Brytyjczyków powinien mieć ją w swojej kolekcji, zresztą podobnie jak poprzednią EP-kę „Resoration”. Skład zespołu uszczuplał o gitarzystę Charlie Griffithsa . Na szczęście nie przełożyło się to na atrakcyjność muzyki. Muzyki z jednej strony mocnej, z djentową ścianą dźwięku, z drugiej zaś strony bardzo melodyjnej, na co wpływ mają świetne wokalizy Rossa Jenningsa. Na uznanie zasługuje również ciekawa, intrygująca okładkowa grafika.
Marek Toma
MOONSPELL – „Far From God”
Lipiec był dla mnie wyjątkowo deficytowy jeżeli chodzi o premiery wydawnicze. Dodatkowo po raz kolejny zawiódł mnie jeden z moich ulubionych zespołów, którego twórczość śledzę w zasadzie od początku. Mowa o MOONSPELL – czekałem na „Far From God”, chociaż poszególne single nie wzbudzały u mnie większych emocji. Mimo wszystko byłem ciekaw jaki będzie całościowy odbiór. Niestety nie jest on najlepszy i mam przeczucie, że lepiej już nie będzie. Album jest pozbawiony polotu, brakuje magii, pomysły są jakieś niegramotne, a same utwory jakby zostały zrobione na siłę. Być może jest to sygnał, by zespół zrobił sobie dłuższą przerwę. Nie jest mi łatwo o tym pisać, bo muzyka MOONSPELL jest bliska mojemu sercu. Fakt, zespół w swojej karierze miewał różne momenty, nagrywał płyty mniej lub bardziej udane, ale zawsze miały one w sobie to coś (może poza jednym wyjątkiem). Jednak to co dzieje się od kilku lat nie napawa optymizmem. Mam nadzieję, że w końcu nastąpi zmiana na lepsze…
Marcin Magiera
























































