Płyta miesiąca – styczeń 2026

Zdradzę Wam tajemnicę – w weekend, po premierze nowego albumu MEGADETH, niemal jednogłośnie ogłaszaliśmy go płytą miesiąca. Jak się okazało wystarczył tydzień z okładem, żeby nasze opinie porozłaziły się – i to w różnych kierunkach. Także i tym razem (niemal) każdy miał innego faworyta.


MEGADETH „Megadeth”

Pewnie w wielu głowach (a może i sercach) stoczył się taki pojedynek jak w mojej. KREATOR wydał w styczniu bardzo udany album, który sprawił mi wiele przyjemności. Ale też nie przyjąłem go bezkrytycznie. Tydzień później wyszedł nowy MEGADETH… i przesadziłbym, gdybym powiedział, ze pozamiatał europejską konkurencję. Zaskakująco szybko jednak w moim odtwarzaczu nastąpiła zmiana warty. Co ciekawe, nawet kawałki, które jako single nie bardzo mnie połechtały, na albumie sprawiają wrażenie elementów pasujących do całości układanki. I nie – to nie jest magia pożegnalnego albumu, bo po prostu nie wierzę w ten trick marketingowy. Mustaine z kolegami (albo pracownikami – jak kto woli) po prostu zrobili bardzo dobry album. W całości dyskografii nie będzie nawet na podium, ale to w dalszym ciągu bardzo udana produkcja. A w tym roku wyjdzie jeszcze Exodus, Metal Church i Heathen… Anthrax coś majstruje. Oj cieszy mi się pyszczek, a na serduszku robi się jakoś tak cieplej.

Piotr Spyra


SOEN – „Reliance”

SOEN – niby nic nowego, grają tak samo od kilku albumów a jednak to ich krążek zrobił na mnie największe wrażenie w styczniu. Ciężkie riffy i przebojowe, wpadające w ucho refreny do tego emocjonalne wokale to cecha charakterystyczna dla tego zespołu… i w sumie jestem zaskoczony faktem, że „Reliance” przypadło mi do gustu bardziej niż ostatni Megadeth czy Kreator…

Piotr Michalski


Podobno zjadają własny ogon. Jeśli będą nagrywać takie perełki jak „Huntress” i „Vellichor”, to… smacznego. Piękna płyta, chyba innych nie potrafią…

Robert Dłucik


POPSYSZE – „Powięź”

POPSYSZE - 2026 Powięź


Dawno nie było tak obfitego w ciekawe wydawnictwa otwarcia roku. Tegoroczny styczeń okazał się wyjątkowo tłusty pod tym względem. Publikę rozgrzał do czerwoności spór Kreator- Megadeth, a wyboru płyty miesiąca skutecznie nie uławiały nowe wydawnictwa Pure Bedlam, Scrüdy, VerminKing czy Shine. Oczywiście było tego o wiele więcej, a wybór bardzo ciężki, jednakże to „Powięź” – piąty album w dyskografii gdańskiego Popsysze zdobył moje osobiste podium. Genialne połączenie rocka, psychodelicznej elektroniki, mocno domieszkowane ulotną subtelnością, tworzy niebanalną i bardzo interesującą całość, dającą wytchnienie od towarzyszących mi na co dzień metalowych dźwięków. Mocno mi się to zagnieździło pod sklepieniem czaski, ale całkiem przyjemnie mi  tym.

Robert Cisło


KREATOR – „Krushers of the World”

Miałem problem z wyborem płyty stycznia, ale nie dlatego, że nie było z czego wybierać – wręcz przeciwnie. Trzy wydawnictwa zwróciły moją szczególną uwagę, jednak ostatecznie postawiłem na KREATOR. I choć wiele osób kręci nosem, podając różne powody, osobiście mam to gdzieś. Dla mnie „Krushers of the World” to płyta jak najbardziej udana i na pewno lepsza niż „Hate über Alles”, który jakoś nie do końca przypadł mi do gustu. Tym razem było zupełnie inaczej – Petrozza i spółka nagrali krążek chwytliwy (jak na ten gatunek), świetnie wyprodukowany i energetyczny.

Marcin Magiera


JAZZPOSPOLITA – „Kosmopolis

Może kogoś uwierać nazwa zespołu JAZZPOSPOLITA. Gdyby natomiast płytę przypadkowo dorwał prawdziwy koneser jazzu, na stwierdzenie, że słucha właśnie muzyki jazzowej, puknął by się w głowę! Oczywiście jazz jest obecny w DNA zespołu. Można natomiast znaleźć tutaj sporą dawkę ambientu i pewien muzyczny minimalizm, który osobiście kojarzy mi się z twórczością Davida Sylviana. Ich najnowsza płyta  „Kosmopolis”, to świeżość, muzyczna wrażliwość i artystyczna wizja! Zespół zabiera nas w muzyczną podróż po miejskich aglomeracjach, zarówno tych prawdziwych (Warszawa, Oviedo), jaki tych wyimaginowanych (Klunton).

Marek Toma


KULA SHAKER – „Warmslayer”

Zaczynali w britpopowej zadymie, ale zawsze byli inni od Blur czy Oasis . Do swojej muzyki dodawali dużo odjazdowych pomysłów niemal w kontrze do braci Gallagherów. I szkoda że tak długo trzeba było czekać na kolejne płyty. Ostatnio podkręcili tempo i po dwóch latach od wydania „Natural Magick” jest już kolejny album: rewelacyjny „Wormslayer” . Ósmy album studyjny londyńczyków to kolorowa muzyczna podróż w psychodelicznym anturażu. Nie brakuje energii i delikatności, witalności i nostalgii. Świetnie się słucha ich pomysłów czerpanych wprost z odległych dekad z ewidentnymi nawiązaniami do późnych Bitelsów czy Doorsów.

Witold Żogała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *