I w tym miesiącu zainteresowały nas różne aspekty gitarowego grania. Już tradycją zaczyna być, że wskazaliśmy zarówno płyty z melodyjną muzyką, ale też agresywnym łojeniem. Na uwagę zasługuje jednak kilka powrotów.
BLACK LABEL SOCIETY – Engines of Demolition
Niestrudzony Zakk Wylde powraca z dwunastym już albumem swojego zespołu. Zresztą Black Label Society od początku istnienia traktowany był poniekąd jako kolejny solowy projekt pana Zacharego, odskocznia od muzykowania u boku wielkiego Ozzy’ego. Zakk jest tu głównym twórcą materiału i zarazem jedyną osobą pozostającą w składzie BLS nieprzerwanie od momentu założenia formacji. Na „Engines of Demolition” konsekwentnie kroczy ścieżką wydeptaną przed laty u progu kariery. Innymi słowy – wciąż komponuje motywy stanowiące wariację na temat wczesnych poczynań Black Sabbath przefiltrowane przez wpływy amerykańskiego southern-rocka. Ultraciężkie riffy przeplatają się z fortepianowymi balladami. Do tego ów charakterystyczny śpiew Wylde’a. To wszystko już było. Ale na pewno wiernym fanom przypadnie do gustu. Miłośnicy „Doom Crew Inc.” mogą brać w ciemno. Wartością dodaną jest zamykająca płytę rzewna pieśń „Ozzy’s Song” – nostalgiczne pożegnanie Księcia Ciemności, wieloletniego mentora, pracodawcy a przede wszystkim Przyjaciela.
Michał Kass
EXODUS – „Goliath”
Trash metal przeżywa prawdziwe odrodzenie, dzięki płytom jakie wydali ostatnio weterani tej sceny. Można tutaj wymienić m.in.: ubiegłoroczną produkcję grupy TESTAMENT, DARK ANGEL, SODOM, CORONER, czy tegoroczne nowości: KREATOR, a w szczególności podobno pożegnalny album MEGADETH. Płyty te, stały się bez wątpienia jasnymi punktami w bogatej dyskografii trashowej śmietanki towarzyskiej. Jednak moim zdaniem najlepsza płyta w tej kategorii, to tegoroczna, marcowa premiera – płyta „Goliath” grupy EXODUS. Kalifornijczycy tym razem większy nacisk postawili na mocne, soczyste brzmienie, niż na zawrotną szybkość. Gitary rzężą jak silni diesla, a solówki iskrzą jak hamulce przy drifcie! Steva Souzę za mikrofonem, zastąpił były krzykacz formacji – Rob Dukes. Zmiana na stanowisku wokalisty też wyszła zespołowi na dobre.
Marek Toma
Ja lubię głos Souzy… ale kiedy niepokojąca wieść o jego (ponownym) odejściu z Exodus, zbiegła się z informacjami o powrocie Roba Dukes’a, to drugie było dla mnie jak plaster na ranę. Powiem więcej, z pewną ekscytacją wyczekiwałem nowej płyty i muszę powiedzieć że nie tylko sprostała, ale i przekroczyła oczekiwania. Wprawdzie okładka Goliath nie porwała mnie, ale od razu zobaczyłem w niej powrót do konwencji kilku thrashowych czy deathowych klasyków. A same utwory? Już single, jeden po drugim mnie porwały! Zauważyłem w nich mniejsze zorientowanie na solówki, ale za to budowanie kawałków na riffie i rytmie. A w tej drugiej kwestii jest tu istny dobrobyt. Całość składa się na czadowy album, który w moim rankingu przebił zarówno tegoroczne ciosy od Kreator i Megadeth. Następne słowo należy do Metal Church, czekam z niecierpliwością!
Piotr Spyra.
NEUROSIS – An Undying Love For A Burning World
Wiadomość o nowym albumie Neurosis spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, w końcu od „Fires Within Fires” minęło już dziesięć lat, w trakcie których zespół praktycznie zakończył działalność, a przynajmniej wiele na to wskazywało. Na szczęście stało się inaczej. Ekipa z Oakland znów wzięła się solidnie do roboty z Aaronem Turnerem u boku, całkiem nieźle wpasowanym się w miejsce Scotta Kelly’ego, co zaowocowało albumem wręcz doskonałym. „An Undying Love For A Burning World” to muzyczny monolit o wielu skrajnych obliczach i kontrastach, połączonych ze sobą w perfekcyjnie zbalansowaną całość. Solidnie nasączony pozornie prostymi i łagodnymi melodiami, wybuchającymi w końcu feerią dźwięków, od których świat drży w posadach.
Można rzecz, że w karierze Neurosis nastąpiła nowa era, lecz wraz z nową płytą nadal serwuje słuchaczom dokładnie to, z czego są znani i lubiani. Dźwięki piękne, intrygujące, okrutne i niepokojące zarazem. Na poły melancholijne, na poły agresywne i niesamowicie ciężkie kompozycje, o niemal monumentalnym wydźwięku, wobec których nie da się przejść obojętnie.
To bez wątpienia najlepszy album jaki słyszałem w tym roku i choć 2026 dopiero się rozpędza, marne szanse by którekolwiek z nadchodzących wydawnictw mogło zdetronizować „An Undying Love For A Burning World”.
Robert Cisło
UKĆ – Anomalie Anomalie”
UKĆ – Anomalie Anomalie” to mój pierwszy kontakt z Twórczością jednoosobowego projektu UKĆ. Niby wcześniej coś o tym słyszałem, ale nie słuchałem samej muzyki. Gdy trafiły do mnie „Anomalie” to odleciałem. Co za muza, co za klimat. Rewelacja, wszystko w odpowiedniej proporcji. Agresja, klimat i emocje… kandydatka do polskiego top 2026…
Piotr Michalski
LION’S SHARE – Inferno
W marcu na dłużej zatrzymałem się właśnie przy najnowszym wydawnictwie szwedzkiej formacji LION’S SHARE. Jestem w trakcie ogólnego rozpoznania, ale już teraz mogę śmiało stwierdzić, że jest to bardzo solidny materiał, który z pewnością będzie mi towarzyszyć w najbliższym czasie nieraz. Rasowy heavy/power z potężnym głosiskiem, jakim dysponuje Nils Patrik Johansson.
Marcin Magiera























































