Płyta miesiąca – luty 2026

I tym razem nasze typy do płyty miesiąca były różne. I przeczy to twierdzeniom, że luty był wydawniczo słabym miesiącem. Wśród typów trafił się nawet jeden remis.


DEZERTER – Wolny wybieg / DŻEM – Sobie potrzebni

Często uchylam się od wyboru płyty miesiąca. Tym razem dochodzi do sytuacji odwrotnej – chciałbym wskazać aż dwie płyty ex aequo.
Tak się bowiem złożyło, że w miesiącu lutym aż dwie premiery zasługują moim zdaniem na szczególne podkreślenie. I to obie z obszaru krajowej fonografii – Dezerter i Dżem.

Obydwa zespoły sporo łączy: są niekwestionowanymi legendami polskiego rocka, mają ponad czterdziestoletni staż i nazwy obu zaczynają się na literę „D”. W obydwu przy mikrofonie udzielają się wokaliści, którzy nie sprawowali tej funkcji na początku istnienia grupy.
Jest też oczywiście wiele różnic – odmienna estetyka artystyczna, klimat przekazu lirycznego, skrajnie rózne podejście do mediów mainstreamowych. No i oczywiście zupełnie inna frekwencja na koncertach.

Dezerter proponuje osiem nowych utworów. Niespełna półgodzinny materiał jest konsekwentnym rozwinięciem dotychczasowej ścieżki twórczej. Proste, punkowe numery, czasem szybkie, czasem wolniejsze i nieco eksperymentalne. Zawsze dobrze brzmiące i zawsze na wysokim poziomie wykonawczym. Okraszone mądrymi tekstami Krzysztofa Grabowskiego skłaniającymi do krytycznej refleksji nad kondycją społeczeństwa. Wystarczy spojrzeć na tytuły – „Wolny wybieg„, „Jad” czy „Lepsze jutro było wczoraj” mówią same za siebie. Kiedyś walczyli z systemem totalitarnym, teraz pokazują zagrożenia współczesnego konsumpcjonizmu i pułapki nowoczesnej technologii. Od dawna wprawdzie nie pasjonuję się już nurtem punkrockowym, ale po nową płytę Dezertera zawsze chętnie sięgam – bez rozczarowań.

Premiera nowego krążka formacji Dżem budzi z pewnością większe emocje. Po pierwsze – jest to płytowy powrót po 16 latach studyjnego milczenia. Po drugie – album „Sobie potrzebni” prezentuje twórcze możliwości odświeżonego składu zespołu – z Sebastianem Riedlem przy mikrofonie! Jak zatem poradził sobie syn legendarnego Ryszarda przejmujący schedę po tacie? Otóż całkiem nieźle. Zresztą przez ostatnie dwie dekady dał się poznać jako frontman grupy Cree, zatem wszyscy zorientowani w temacie doskonale wiedzieli czego oczekiwać. Po piosenki ojca sięgał też na solowych występach A teraz w towarzystwie starszych kolegów po fachu próbuje wskrzesić klimat lat 80-tych. Tak, płyta adresowana jest niewątpliwie do ortodoksyjnych zwolenników Dżemu, którym ani Jacek Dewódzki ani Maciej Balcar nie przypadli do gustu. Barwa głosu Bastka wywołuje przecież mimowolnie wiadome skojarzenia. I pewnie o to chodziło. Muzycznie też bez niespodzianek – stary i dobry bluesrockowy Dżem. Bez eksperymentów i szukania nowych brzmień. Może częściej balladowy i refleksyjny niż ostry i czadowy. Cóż, latka jednak lecą. Ale weterani nadal są w doskonałej formie. Grają intrygujące motywy, ciekawe riffy, stylowe solówki. Słychać rzemiosło wypracowane przez lata na tysiącach koncertów. Nie uświadczymy tu wprawdzie przebojowych kompozycji na miarę „Cegły” czy „Whisky” ale czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach się tego spodziewał?

Michał Kass


Dżem – Sobie potrzebni

Długo wyczekiwana nowa płyta legendy polskiego rocka. Warto było? Zdecydowanie. Bastek Riedel dał weteranom kopa do działania i efekt jest bardzo dobry. Ten Dżem nie stracił smaku…

Robert Dłucik


BIB BIG TRAIN – Woodcust

Drugi album BIG BIG TRAIN z Alberto Bravinem na wokalu, który zastąpił tragicznie zmarłego  Davida Longdona. Dopiero na tej płycie „nowy motorniczy” tej „progresywnej kolei” w pełni mnie przekonał. Moim zdaniem najnowszy album jest o wiele ciekawszy lepszy poprzedniego. Tradycyjnie w  muzyce zespołu można znaleźć wiele subtelnych brzmień, ale mimo wszystko jest to album bardziej ekspresyjny i żarliwy. Na dodatek jest to pierwsze w pełni koncepcyjne dzieło  w obszernej dyskografii zespołu. Inspiracją był norweski ekspresjonista Edward Munch.

Marek Toma


MAYHEM – Liturgy of Death

MAYHEM to już klasyka. Jedni ich uwielbiają, inni nie potrafią zrozumieć fenomenu. Kontrowersja towarzyszy zespołowi od zarania dziejów. Nowy album pionierów norweskiego black metalu to już zupełnie inne klimaty niż np. debiutancki „Deathcrush”. Znakomite brzmienie, moc i siarka a do tego chore wokale. Nie jest to może dzieło wybitne, ale na pewno zasługujące na uwagę. Mayhem i mainstream? Brzmi trochę dziwnie, ale poniekąd tak już jest, a wydawanie kolejnych płyt zespołu to w jakiejś formie wydarzenia… no, ok to mainstream bliższy podziemiu, ale jednak…

Piotr Michalski


BLACK SWAN – Paralyzed

Kiedy zaczynałem opowiadać o mojej płycie miesiąca, nawet redakcyjni koledzy robili duże oczy. Cóż nie każda supergrupa, jest od razu mega popularna. Dlatego przytoczę skład BLACK SWAN – i już wielu z was będzie wiedziało o czym rozmawiamy: Robin McAuley (MSG), Jeff Pilson (ex Dokken), Reb Beach (Whitesnake), Matt Starr (ex-Mr.Big).
„Paralyzed” jest ich trzecim albumem i trzeba powiedzieć, że to kompozycje pełne werwy i kapitalnych melodii. Wyprodukowane z odpowiednim pazurem, bez AORowego ugrzecznienia. Co drugi kawałek mogę dopisać na listę ulubionych. Świetnie się tego słucha i w trasie, i na słuchawkach w zaciszu domowym. Marzy mi się jeszcze trasa tego projektu… Kto wie.

Piotr Spyra


CLAWFINGER – Before We All Die

Spektakularny, a przede wszystkim długo wyczekiwany powrót zespołu, którego utwory stanowiły istotny składnik soundtracku moich szkolnych czasów. Sprawiali mi mnóstwo radości zarówno wówczas, jaki i lata później, gdy oglądałem Clawfinger na żywo. Nie inaczej jest tym razem. Skandynawska ekipa znów przypomina światu o swoim istnieniu, w charakterystycznym, głośnym i zawadiackim stylu, będącym iście wybuchowym crossoverem około metalowych gatunków i nie tylko. Konkurencja była dość mocna, bo w wyścigu o palmę pierwszeństwa Clawfinger mierzył się z Dezerterem i Robem Zombie, a w każdym z tych przypadków sentyment odgrywał niebagatelną rolę. Jednak to Clawfinger wypadł najciekawiej w tym zestawieniu, prezentując album o szerokim spektrum stylistycznym, na najwyższym poziomie. Z dużą dawką gorzkiego humoru, niepokornego szaleństwa i klimatu lat dziewięćdziesiątych, trafnie punktują obecną rzeczywistość. Bezsprzecznie opłaciło się czekać prawie dwie dekady, by znów cieszyć się dokonaniami Szwedów.

Robert Cisło


SYLOSIS – The New Flesh

Jeżeli chodzi o luty, ten miesiąc nie przyniósł (dla mnie) zbyt wiele ciekawych nowości wydawniczych. Jednak przy jednej pozycji zatrzymałem się na dłużej – mowa o najnowszym długograju brytyjskiej
formacji SYLOSIS. „The New Flesh” sprawił, że po kilkuletniej przerwie, ponownie zainteresowałem się ich twórczością. Premierowy materiał to rzetelne, pomysłowe, a do tego wysokoenergetyczne granie w nowoczesnym wydaniu. Co prawda okładka nie jest specjalnie zachęcająca, ale już sama muzyka rodzi przede wszystkim pozytywne odczucia.

Marcin Magiera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *