Płyta miesiąca – lipiec 2025

2507-plyta-miesiaca

Jeśli robilibyśmy podsumowanie na starych zasadach, pewnie teraz przerzucalibyśmy się argumentami w ramach dogrywki. Nowa formuła sprawdza się zatem i zaczęła się podobać również nam. W lipcu przychylnym okiem spojrzeliśmy zarówno na podwórko progresywne, w bluesrockowe klimaty, jak i powermetal. Poniżej znajdziecie uzasadnienia naszych wyborów.


JOE BONAMASSA – „Breakthrough”

Największy bluesowy pracoholik ostatnich lat powraca z kolejną studyjną płytą. Doprawdy trudno zliczyć – którą. Naprodukował ich w ostatnich dwóch dekadach co niemiara. Joe nigdy nie odpoczywa. Kalendarz koncertowy ma zapełniony na pięć lat w przód. A oprócz nagrywania materiału autorskiego znajduje jeszcze czas na udział w innych projektach, zwłaszcza Black Country Communion.  Niestety – nie zawsze ilość przekłada się na jakość. Najnowsze dzieło przesadnie płodnego Amerykanina to produkt nie odbiegający zbytnio poziomem od poprzednich longplayów. Jest tu oczywiście pewna chwytliwość kompozycyjna, jest przyzwoite rzemiosło wykonawcze i wysoka jakość realizacji dźwięku. Ale oprócz zgrabnej ballady „Broken record” niewiele zostaje w głowie po kilku przesłuchaniach. Rzetelny pop-blues, który nie trafi raczej do rankingu najlepszych płyt Bonamassy ani tym bardziej do klasyki gatunku. Ale posłuchać warto.

Michał Kass


LVMEN – „Amen”

Sięgnąłem po ten album wabiony błahym określeniem „czeski Neurosis”, a zespół ten wielce sobie cenię i chwalę. Czy zatem to trafny opis? Tylko po części, bo ze względu na stylistykę w jakiej poruszają się Czesi, skojarzenia z ekipą z Oakland nasuwają się same, aczkolwiek różnic między tymi zespołami jest sporo. Jednakże wspomniane określenie okazało się bardzo skuteczne, bo dzięki niemu poznałem ciekawe wydawnictwo spod znaku tzw. „neuro music”. Przyznać muszę, że dawno nie słyszałem tak intersującej, a za zarazem solidnie brzmiącej płyty. Muzyka na niej zawarta, jest bardzo intensywna, soczysta i ciężka. Momentami wręcz zawiła i monumentalna niczym dźwiękowe monstrum. Trudno ją również jednoznacznie sklasyfikować, bowiem w wyjątkowy sposób łączy w sobie łagodność melancholii z niszczycielskim ciężarem metalu, wspomaganym hardcorowym chaosem. To specyficzne połączenie, często przeciwstawnych składników, daje zaskakująco dobre efekty w postaci wymagających uwagi i skupienia kompozycji o niejednorodnej strukturze, tworzących niesamowity klimat,dodatkowo podsycany samplami z filmów Františka Vláčila.

Robert Cisło


ALICE COOPER – „The Revenge of Alice Cooper”

Alice Cooper powróciło jako zespół (nie mylić z solową twórczością Vincenta Furniera). Ostatni krążek formacji ukazał się z milion lat temu więc pora była najwyższa. „The Revenge od Alice Cooper” to muzyczna wycieczka do początków hard rocka przełomu lat 60 i 70-ych. Klimat tamtych czasów jest wszędobylski, ale okres powstania krążka zdradza znakomita, soczysta produkcja. Alice jest w formie i jeśli ktoś nie zna jego dokonań (niezależnie zespołu czy solo) to proponuję nie zwlekać bo czas szybko mija a Alice ma już 77lat…

Piotr Michalski


ASHES OF ARES – „New Messiahs”

ashes of ares - new messiahs

Ja uwielbiam wokal Matta Barlowa, jego powrót do Iced Earth. Jego pojawienie się w Pyramaze i jedynka Ashes of Ares – to był miód na moje uszy… I… długo, długo nic. Projekt We are Sentinels mnie rozczarował, kolejna płyta Ashes of Ares po prostu do mnie nie trafiała… ale już poprzednia „Emperors and Fools”, była więcej niż przyzwoita. Może dzięki gościom? A może ekipa zaczęła się po prostu rozkręcać. Nówka za to połechtała moje poczucie estetyki. I niby nie ma tutaj jakiegoś magnesu, niby sprawdzona formuła, kontynuacja ścieżki… Ale jest jakoś lepiej. Do tego stopnia, że w porównaniu z kilkoma ciekawymi pozycjami wydanymi w zeszłym miesiącu, „New Messiahs” wypada zwycięsko. Jest i ukłon w stronę tematyki komiksowej, jest powerballada. Jest dobrze, bardzo dobrze (z minusem). I nie, nie nakręciłem się zbliżającym koncertem. Już słuchając singli czułem, że to jest materiał, który w całości będzie w porządku. Owszem – na koncert się jaram, ale nie tylko z powodu odegrania „Dark Saga”. Cieszę się na usłyszenie nowego materiału w wersji koncertowej.

Piotr Spyra


PHILOSOPHOBIA – „The Constant Void”

Potencjał Intrygującego debiutu z 2022 roku, potwierdzili na żywo w  na festiwalu w Ostrowie Wielkopolskim.  Po trzyletniej przerwie  meldują się z drugą płytą. Nie często się zdarza, aby drugi album przebijał jakością błyskotliwość debiutu. W tym przypadku, moim zdaniem ta sztuka się udała.  W kwestii muzycznej, mamy do czynienia z klasyczną prog metalowa estetyką,  raczej zachowawczą, bez ucieczek w nowoczesne djentowe rejony.  Nie sama technika, ale klimat czyni ten album prawdziwa gratką dla sympatyków prog metalu.  A na zakończenie  dostajemy epicki, 20 minutowy długas ! I wszystko w temacie !

Marek Toma


JOE BONAMASSA – „Breakthrough”

To jeden z tych artystów, którzy na swoich płytach nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Na niektórych potrafią wznieść się ponad wysoko ustawioną poprzeczkę. Takim albumem jest „Breakhtrough”. Jest na nim wszystko to, za co fani talentu gitarzysty i wokalisty cenią go najbardziej plus… coś ekstra. Dopisała wena twórcza, a „Broken Record” byłby w stanie wzruszyć nawet kamień. Mocna kandydatura do topowych miejsc w Podsumowaniu Ro(c)ku.

Robert Dłucik


ASHES OF ARES – „New Messiahs”

ashes of ares - new messiahs

Lipiec nie był specjalnie urodzajny, jeżeli chodzi o premiery wydawnicze, przynajmniej takie, które zatrzymałyby mnie przy sobie na dłużej. Jednak z uwagi na posuchę w aktywności ICED EARTH, moją uwagę szczególnie zwrócił nowy album ASHES OF ARES, w którego szeregach udziela się m.in. Matt Barlow. To właśnie jego można usłyszeć na kultowych „Something Wicked This Way Comes” czy też
„The Dark Saga” (notabene właśnie ten krążek, zespół zaprezentuje na żywo w trakcie październikowego koncertu w Krakowie). A czego można spodziewać się po czwartym długograju ASHES OF ARES? Jak poprzednio, tak i tym razem, muzyka jest zaadresowana w głównej mierze do fanów amerykańskiego power metalu, zwłaszcza spod znaku ICED EARTH. Ewidentnie barwa głosu Barlowa, która w połączeniu ze specyficzną energetyką samej muzyki, tworzy znamienny klimat, a skojarzenia względem dokonań Schaffera i spółki, po prostu nasuwają się same. Jest to też godny następca udanego „Emperors and Fools” z 2022 roku, dlatego jeżeli ktoś ceni sobie wcześniejszy album, a dodatkowo nie może odżałować absencji ICED EARTH na scenie muzycznej, ten powinien sprawdzić zawartość „New Messiahs” – na pewno znajdzie tu coś dla siebie.

S!X

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *