1. Dominos
2. Love Is What You Want
3. Do-Si-Do
4. What You Talking About?
5. Breakin’ Point
6. A Long Goodbye
7. Nostalgic Intellect
8. In This Town
9. Hard Sleep
10. It’s Your Call
11. Between the Lines
12. Pretty Dumb, Pretty Lame
Rok wydania: 2016
Wydawca: PBJ, INGRD
https://www.peterbjornandjohn.com/
http://www.ingrd.com/
Dostała mi sie do recenzji płytka z muzyką, w której tak naprawdę jest
zdecydowanie więcej popu niż rocka. Był krótki okres w historii naszego
portalu, w którym funkcjonował kącik „Non-Rock Area” i tam owa recenzja
nadawałaby się idealnie. Spotkałem się, z ciekawą nazwą definiującą
twórczość Petera Bjorna i Johna: „synth-heavy indie pop”. W obcowaniu z
muzyką tego szwedzkiego tria więcej przyjemności będę mieli jednak
zwolennicy Abby, niż heavy spod znaku Sabatona, Evegreya czy broń Boże
Marduka ;).
Grupa powstała w Sztokholmie w 1999r. W jej skład wchodzą Peter Moren
(gitara i harmonijka), Bjorn Yttling (bas i keyboard) oraz John Eriksson
(perkusja, bębny). Wszyscy członkowie zespołu poza graniem na
instrumentach, śpiewają. Zespół można było zobaczyć w Polsce, na
festiwalu Open’er 2009 roku w Gdyni. „Breaking Point”, jest już siódmym
albumem w historii tria. Bjorn Yttling wyprodukował cztery pierwsze
albumy. W produkcji tego najnowszego, muzycznego cukierka wziął
natomiast udział cały sztab gwiazdorskich cukierników (ups –
producentów): m.in.: Paul Epworth (Paul McCartney, U2…), Greg Kurstin
(SIA, Adele…), Patrik Berger (Robyn, Lana Del Rey…), Emile Haynie
(Eminem, Kanye West, Bruno Mars…).
Słuchając tej płyty, poczułem się jakbym zajrzał do dyskoteki. Muzyka z
„Breakin’ Point”, sprawdziłaby się tam chyba bardziej, niż na rockowej
scenie. Nie jest to jednak taka dyskoteka gdzie królują beznamiętne
house czy techno! To taka dyskoteka z myszką. Przenosi nas jakby na
parkiety lat 80 – tych , gdzie królowały takie zjawiska jak Pet Shop
Boys, Alphavile, Ultravox, ale także (nie bójmy się tej nazwy) Modern
Talking. Jest więc rytmicznie, czasem skocznie, ale co należy zapisać na
plus, bardzo melodyjnie, piosenkowo. Można więc sobie (jeśli oczywiście
ma ktoś na to ochotę) nie tylko potańczyć, ale również pośpiewać, a
nawet pogwizdać, w jednym z fajniejszych, tytułowym kawałku (klip
poniżej). Ta płyta to 59 minut bardzo chwytliwych, melodyjnych,
rytmicznych piosenek, Tylko tyle i aż tyle! Plusy tej muzyki? Jeden z
pewnością. Jest tutaj spora dawka jakiegoś beatles-owego romantyzmu.
Po takiej dawce muzyki skocznej, łatwej i przyjemnej musi mnie jednak
ktoś porządnie rąbnąć potrójnym młotkiem (właśnie takim jak na okładce).
Potrójny młotek? włączę sobie chyba Voi Voda! Najlepiej „Rrröööaaarrr”!
Jakby na to nie patrzeć, wkrótce karnawał. Jest więc szansa, że
niniejsza płytka, z przerażającą żółtą okładką, zatańczy jeszcze w moim
odtwarzaczu. Kto wie?
Marek Toma















































