1. Runaway
2. Mgła
3. Mellow Love
4. Bullet T-shirt
5. Kolorowanka
6. Little Angel
7. UTB
Rok wydania: 2013
Wydawca: –
http://www.noname-music.com
Czasy kiedy początkujące zespoły przysyłały niechlujne dema mamy już za
sobą, chociaż odstępstwa od tej reguły czasem się zdarzają. Tym
niemniej, coraz więcej młodych twórców przykłada duża wagę do oprawy
wizualnej, realizacji itd. Tak też wygląda sytuacja w przypadku
krakowskiej formacji NoName, której początki sięgają 2010 roku.
Zespół w zeszłym roku wydał siedmioutworowy minialbum, wizualnie
prezentujący się jak najlepiej. Postawiono na prostotę i schludne
podejście do tematu. Wydawnictwo stanowi skromny digipack, gdzie na
białym tle wtopiono czarną kostkę gitarową z logiem zespołu – fajny
efekt.
Sami siebie określają jako testosteronowy kwintet grający mocnego,
gitarowego rocka z melodyjnym męskim wokalem na froncie. Jednak z tym
testosteronem i mocą specjalnie bym nie przesadzał – ich pokłady są
stosunkowo niewielkie. Nie oznacza to jednak, że NoName nie ma nic do
zaoferowania, bo ma. Tyle tylko, że muzyczna propozycja jest bardziej
ukierunkowana na atmosferyczne granie z dodatkiem rockowej werwy.
Płyta zawiera sześć kompozycji autorskich plus jeden cover (Red Hot
Chili Peppers), a ten zupełnie do mnie nie przemawia. Poza tym wyjątkiem
prezentowane dźwięki stanowią zgrabną mieszankę różnych odmian rocka, w
głównej mierze grunge’u oraz śladowych naleciałości metalu. Zespół
stylistycznie zahacza o klimaty przywołujące na myśl dokonania takich
zespołów jak Coma, Faith No More, Pearl Jam czy Red Hot Chili Peppers.
Dużo tu amerykańskiego grania, rockowej przestrzeni oraz nastrojowego
klimatu, który bardzo przyjemnie jawi się przy okazji spokojnego „Mellow
Love” (trochę w stylu Nickelback).
Jedyny zarzut mam wobec mieszania kompozycji anglojęzycznych z tymi w
języku polskim. Osobiście jestem przeciwnikiem takowych posunięć –
trzeba się na coś zdecydować. Co prawda w obu wcieleniach NoName wypada
ciekawie, wiarygodnie, ale rodzima mowa mimo wszystko w tym akurat
przypadku prezentuje się kapkę lepiej.
Jeżeli chodzi o poziom instrumentalny, realizację to tutaj wszystko
„cyka” jak należy, a i same pomysły robią pozytywne wrażenie. Dlatego
nawet mimo odczuwalnych podobieństw zespół wnosi coś od siebie i być
może w przyszłości będzie to jeszcze bardziej zarysowane. Ponadto zespół
posiada jeszcze jeden ogromny atut – wokalistę, którego barwa nadaje
muzyce NoName charakteru.
Reasumując, kto lubi melodyjne rockowe gitarowe z wyczuwalnym
namaszczeniem grunge’u, ten być może polubi muzyczną propozycję
małopolskiego NoName. Zespół mimo młodego stażu ma wiele do zaoferowania
i pewnie dlatego zdołał wystąpić u boku takich grup jak OCN czy Jesus
Chrysler Suicie. Zobaczymy co będzie dalej, zapowiada się ciekawie…
Marcin Magiera
















































