1. Tetrawind
2. Tetrawater
3. Tetrafire
4. Tetraearth
Rok wydania: 2015
Wydawca: Witching Hour Productions
http://www.nomad-band.com/
Kiedy spojrzałem na nowe wydawnictwo Nomad, na usta cisnęło się tylko
jedno – „wow!”. Następca „Transmigration Of Consciousness” z 2011 roku w
kwestii wizualnej po prostu oczarowuje. Zarówno sam pomysł opakowania,
jak również klimatyczno – mroczna okładka budzą zdecydowanie pozytywne
odczucia. Straszliwie lubię pomysłowe wydania, odmienne booklety,
nietypowe digipacki i w tej materii brygada z Opoczna (zapewne we
współpracy z Witching Hour Production) spisała się na medal. Jednak nie
szata zdobi człowieka i ocenianie płyty wyłącznie po okładce – jaka by
ona nie była, choć ta jest nad wyraz okazała – byłoby raczej mało na
miejscu.
Muzycznie „Tetramorph” otwiera kolejny rozdział interesującej twórczości Nomad
– można to uznać jako swobodną, naturalną kontynuację; rozwój wobec
tego, co zawierał jego poprzednik. Tyle, że tym razem zespół podniósł
poprzeczkę o poziom wyżej, poszedł o krok dalej, w rejony jeszcze
bardziej pozbawione blasku światła. Wydawnictwo jest całkowicie wyzute z
radości, panuje nań ciężka, przygnębiająca, apokaliptyczna atmosfera.
Specyficzny klimat jest nieodzowną częścią „Tetramorph”, czynnikiem,
którego obecność została mocno zaakcentowana. Może otwierający
„Tetrawind” tego tak mocno nie odzwierciedla – jest to najszybszy
kawałek na płycie, momentami przypominający motorykę Slayera. Jednak
„Tetrawater” czy najwolniejszy „Tetraearth” emanują mroczną aurą.
Sprzyjają temu wolne tempa, ciężar oraz monumentalne forma.
Jak można zauważyć po tytułach utworów, Nomad stworzył swego rodzaju
koncept, którego zawartość przedstawia żywioły, a dokładniej to, co mają
do powiedzenia. Ich przesłanie mimo grzeczności budzi niepokój, niby
chcą być uprzejme, ale za ich słowami kryje się coś jeszcze…
Atutem wydawnictwa, oprócz atmosfery i oprawy graficznej na pewno jest
brzmienie – kompozycje prezentują się lepiej niż miało to miejsce przy
okazji „Transmigration Of Consciousness”. Wszystko brzmi selektywnie,
bardziej naturalnie, a do tego całość posiada odpowiednią moc, ciężar.
Mankamenty? Doskwiera (mi) deficyt melodii, choć w tego typu stylistyce
takowe posunięcia są nierzadko zaplanowane. Druga rzecz, to krótki czas
trwania (nieco ponad 15 minut) – kompozycje przelatują momentalnie i co
tu dużo mówić, chciałoby się więcej. Jednak nie tym razem, bo
„Tetramorph” to jedynie krótki mini – album. Miejmy nadzieję, że na
pełnoprawny album długogrający nie będzie trzeba czekać zbyt długo.
No cóż, kto w death/black metalu poszukuje czegoś innego, czegoś mniej
sztampowego, ten powinien zakosztować specyfiki „Tetramorph”. Nie jest
to co prawa rzecz przyjazna i łatwa w odbiorze, dlatego należy poświecić
jej trochę czasu. To jednak nie powinno być przeszkodą (szczególnie)
dla tych, którzy już wcześniej mieli okazję poznania twórczości Nomad.
Słuchajcie, zgłębiajcie – dobrej muzyki nigdy za wiele.
8/10
Marcin Magiera

















































