NO NAME – 2006 – 4

No Name - 2006 - 4

1. The Curse 10:42
2. Fountains Of Dreams 5:25
3. Thoughts Pay No Toll (Extended Version) 6:17
4. A Recollection Of Dreams 16:46
5. Visions 10:10
6. Promises 6:26

Rok Wydania: 2006
Wydawca: Musea Records


Tym razem wydobyłem z półki płytę zespołu o przewrotnej nazwie No Name i niewiele mówiącym, poza wskazaniem na ilość dotychczas popełnionych wydawnictw, tytule „4”. Piątka muzyków reprezentująca luksemburski neoprogresywny rynek muzyczny nagrywa już od początku lat 90-tych, wciąż jednak w cieniu wielkich tego gatunku. Czy najnowszy album jest w stanie zmienić ten status? Nie pozostaje nic innego jak poddać go takiej próbie…

Natychmiast po usłyszeniu pierwszych taktów chce się przy płycie pozostać. Z głośników dobywa się czysty, uporządkowany i przepełniony radosnym tchnieniem dźwięk. Instrumentarium zdominowane jest przez partie klawiszowe i gitarowe, które śmiało mogą w wielu miejscach konkurować z popisami uznanych mistrzów. Od początku do końca płyta pozostaje w tym przyjaznym nastroju, wyważonej tonacji i eleganckim wykonaniu. Na swój sposób jest monotonna, nie ma bowiem żadnych słabych punktów, nie ma też finezyjnych majstersztyków, ale przecież monotonia piękna nikomu nie przeszkadza.
Dynamiki płycie nadają otwierający The Curse oraz Visions, spokojniejsze rejony odwiedzają Fountains Of Dreams i Thoughts Pay No Toll.
Sercem płyty jest bez wątpienia rozbudowana kompozycja A Recollection Of Dreams z przepięknymi gitarowymi i syntezatorowymi motywami. Nagranie w pełni ukazuje wysoki potencjał instrumentalnych solistów zespołu wykorzystany znakomicie do podkreślenia miłych dla ucha linii melodycznych.
Kończące płytę Promises chciałoby się traktować jako obietnicę kolejnych udanych projektów zespołu.
Warto jeszcze podkreślić świetny, w pełni kontrolowany, dojrzały wokal Patricka Kiefera.
Sekcja rytmiczna jest poprawna, aczkolwiek nie dostarcza nawet od czasu do czasu (a szkoda) żadnych dodatkowych, ponadnormatywnych wrażeń.

Dodam jeszcze na marginesie, że płyta jest dosoknale wyprodukowana.

Podsumowując, płyta zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie wśród neoprogresywnych propozycji. Ciepła, stonowana, chwilami wręcz urzekająca delikatnością i precyzją, nie musi domagać się ponownych przesłuchań. Robi to za nią słuchacz.
Nie oznacza to jeszcze awansu do superekstraklasy, ale ten album to z pewnością krok w dobrym kierunku.
No Name – no shame!
Polecam, szczególnie sympatykom Pendragon.

7,5/10

Krzysztof Pękala

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *