1. Półmrok Nadziei
2. Każda Chwila Ma Swój Czas
3. Klepsydra
4. Reset
5. Anioł Miłości
6. Rospuda
7. Subtelne Zniewolenie
8. Modlitwa
9. Symulacja
10. Ballanga
11. Złość
Rok wydania: 2019
Wydawca: –
http://www.facebook.com/NoMoreJokesBand
Gdy po raz pierwszy zobaczyłem nazwę warszawskiego zespołu No More
Jokes, z niewiadomych przyczyn zabrzmiał mi w uszach refren Kobranocki
„…i nikomu nie wolno się z tego śmiać”. Niewątpliwie nazwa powstałej w
2015 roku grupy natychmiast wysyła słuchaczowi sygnał, że wesoło i
żartobliwie tu nie będzie. W jej skład wchodzą: śpiewający Maciej
Brożny, grający na gitarze Paweł Zakrzewski, asystujący mu na gitarze
basowej Robert Sarna, zaś całość perkusją skleja Sebastian Klichowski.
Tegoroczny album „A ludzie się patrzą…” to ich debiut. Posłuchajmy, na
co ludzie się dziś patrzą…
Płytę otwiera „Półmrok nadziei”. Zaczynamy od groove’ującego basu i
surowej perkusji. Chwilę później do tego wszystkiego dołączają wokal i
gitara. Muszę przyznać, że głos Maćka Brożnego jest dość specyficzny –
miejscami śpiewa jakby przez zęby, kiedy indziej dość ekspresyjnie.
Gitara zaś przywodzi na myśl główny motyw „Upiora w operze”. Przypadek
czy też umyślne odniesienie do klasyki musicalowej? Niemniej dość
specyficzne to granie. Co czeka nas dalej?
Przy pierwszej kompozycji przez chwilę zastanawiałem się, do czyjego
głosu można by porównać śpiew wokalisty. Myślę, że kompozycja „Każda
chwila ma swój czas” rozwikła tę zagadkę. Jest tu trochę młodego
Grzegorza Skawińskiego, trochę lidera Rezerwatu, Andrzeja Adamiaka,
momentami słyszę też Piotra Kupichę. Kompozycja zaś całkiem przyjemna,
acz wciąż mamy tu do czynienia z surowym brzmieniem bez większych
fajerwerków. Gitara co prawda pruje całkiem niezłym riffem, lecz nie
wiem czy nie bardziej rockowo by to brzmiało, gdyby wpuścić tu nieco
więcej przesteru, a mniej przetworzonego brzmienia.
Trójkę („Klepsydra”) odpala bas, przerobiony podobnie jak w pierwszej
kompozycji, z której pożyczono także linię melodyczną zwrotki. Kawałek
posiada całkiem fajną gitarę oraz dość „horrorowate” klawisze w tle.
Kompozycja rozwija się podczas refrenu i robi się troszkę żywiej, z dość
ciekawym i niezwykle odważnym tekstem. Polecam go odszukać i wgłębić
się w niego, ponieważ prowokuje do interesujących wniosków.
Lecimy jednak dalej. Czas na moim zdaniem najciekawszą kompozycję na
albumie. „Reset” wreszcie budzi go do życia za sprawą (wreszcie) bardzo
dobrej gitary. Polecam także wsłuchać się w grę basu – ależ tam się
fajnie dzieje. Jednak tym czymś, co wyróżnia ten utwór spośród innych
jest refren. Za sprawą połamania rytmu i cedzenia słowa przez zęby w
rytmie tanga – jedyne co mi przychodzi na myśl: Republika. Ale nie
bezmyślne kopiowanie, lecz całkiem świadoma inspiracja. Mam nadzieję, że
dalej będzie równie smakowicie i wszystkie nijakie fragmenty mamy już
za sobą.
„Anioł miłości” to znów przetworzony bas, ale jest także mile dla ucha
„drapanie” gitary. W tym przypadku tekst i wokal brzmi jednak niestety
jakoś tak zupełnie nie rockowo i zwyczajnie. Co prawda Maciej poprawnie
artykułuje swoje frazy, lecz nie wywołuje to ciarek na plecach. Jedyny
dobry fragment tej kompozycji to moment, gdy jego wokal staje się
„szaleńczy”.
„Rospuda” to z kolei punk rockowe granie. Wreszcie jest tu jakiś fajny
pomysł na gitarę, która dostaje odpowiedniego kopa, a i potrafi także
smakowicie przyozdobić zwrotkę. Bas nie został przetworzony, co także
przynosi bardzo dobry skutek. Perkusja także obudziła się z letargu i
dudni, aż miło.
„Subtelne zniewolenie” zdaje się mówić, że kryzys mamy za sobą i że
wreszcie zrobiło się dobrze. Jest tu bardzo dobra praca sekcji
rytmicznej, a głos wokalisty przeszywa na wskroś. Godna uwagi jest także
gitara elektryczna, lecz zdecydowanie prym wiedzie tu nowofalowy bas,
który „robi” cały kawałek. Obok „Resetu” to z pewnością najciekawsza
kompozycja płyty.
„Modlitwa” to jeszcze raz nowofalowa gra basu, zaś gitara imituje
brzmienie dzwonu. Niezłym pomysłem jest tu zmiana rytmu co wers.
Podstawowym problemem jest jednak to, że część linii melodyjnej już
można było usłyszeć wcześniej. Znów kompozycja, która miałaby szansę być
dość ciekawą, jest w niej „to coś”, ale z drugiej strony jej wtórność
trochę rozbija pomysł, dlatego przejdę do „Symulacji”.
Zespół znów gra tu ciężko, rockowo, wokalista zaś momentami śpiewa
cedząc słowa przez zęby. I niestety znów wszystko skupia się wokół tego,
że już te nuty słyszałem wcześniej, tyle, że z innymi słowami.
Właściwie niestety utwory są bardzo podobne do siebie i w zasadzie jeśli
słyszało się jeden utwór, to słyszało się wszystkie. W dodatku całość
nagrano w słabym, źle wytłumionym studiu. Nie ma tu żadnej przestrzeni,
ponieważ wszystko wylądowało w wygłuszających pomieszczenie gąbkach. I
może teksty są ważkie, ale na nic to, kiedy zaprzepaściła je kiepska
produkcja.
Przedostatnią kompozycją jest „Balanga”. Jeszcze raz rockowe granie. Co
ciekawe jest tu jakiś pomysł, który odróżnia się od reszty. Jest
pomysłowo wykorzystana nowa fala, jest imprezowo, miło dla ucha gra
gitara. Jest tu czego posłuchać, a i produkcyjnie (o dziwo!) brzmi to
nieźle.
Album wieńczy kompozycja „Złość”. I znów mamy powrót do nijakości
kompozycji. Nic dobrego się tu nie dzieje, a powolny rytm pozwala
ziewnąć i oddać się w objęcia Morfeusza.
Na co się ludzie patrzą? Na trzy całkiem niezłe numery i czarną dziurę
dźwięków wokół nich. Myślę, że lepiej dla zespołu byłoby solidniej
popracować nad czterema, pięcioma kompozycjami i wydać epkę zamiast
długiego albumu pełnego jednakowych piosenek. Bez tej koniecznej
włożonej pracy niestety zawsze muzyka No More Jokes będzie brzmieć
nijako.
3/10
Mariusz Fabin
















































