NO GRAVITY – 2011 – Worlds In Collision

No Gravity - 2011 - Worlds In Collision

1. Sailing On Sight.
2. The Killer.
3. Can’t Dream Anymore.
4. Voices From The Past.
5. Religious Beliefs.
6. I’m Bleeding.
7. Nowadays.
8. Touchin’ My Enemy.
9. Unexpected Gift.

Rok wydania: 2011
Wydawca: Lion Music


Projekty bywają specyficzne. Oto zbiera się grupa muzyków, którzy na co dzień ze sobą nie grają – i postanawia nagrać płytę. Albo inaczej. Artysta, który kompozycyjnie nie potrzebuje pomocy zaprasza do wzięcia udziału w przedsięwzięciu znanych w pewnym kręgu muzyków, to też dośpiewują swoje partie do gotowego i zwartego materiału (w tym przypadku to scenariusz bardziej prawdopodobny). No Gravity to projekt Simone Fiorletty (Moonlight Comedy, solo) i myślę, że na wstępie powinienem zaznaczyć, że pojawiają się na krążku Worlds in Collision znakomici goście. Za mikrofonem stanęli Andy Kuntz (Vanden Plas), Michele Luppi (Killing Touch, ex Vision Divine), Fabio Lione (Rhapsody Of Fire, Vision Divine), Mark Basile (DGM), Roberto Tiranti (Labyrinth) i Emiliano Germani (Moonlight Comedy). Dla sympatyków gatunku cenną informacją będzie również występ klawiszowca Andrea De Paoli (Labyrinth).

Otrzymujemy zatem ponad godzinę muzyki zawartej w dziewięciu kompozycjach. Utwory na krążku są zróżnicowane klimatycznie i wygląda na to, że właśnie zaproszeni wokaliści nadają im cech indywidualnych. Całość jednak nie sprawia wrażenia oderwanych od siebie tematów, głównie dlatego, że instrumentalnie ta płyta to monolit. Muzycy poruszają się na podłożu prog powerowym sprytnie wplatając a to motywy elektroniczne, innym razem soczyste akustyki. Nie brakuje ciętych riffów, szybkiej jazdy bez trzymanki, ale i fenomenalnych melodii, czy klimatycznych fragmentów.
Jeśli miałbym na podstawie wglądu w tracklistę obstawiać który album może być najsłabszy – strzelałbym, że będzie to kawałek wieńczący płytę. Powody? No że najdłuższy… a może bardziej rozbudowany, to i mniej dynamiczny – nic z tych rzeczy. Całokształt bełta nieco przedostatni – i na szczęście najkrótszy „Touchin’ My Enemy”, po którym na szczęście pozostaje jeszcze ponad dziesięć minut, by wkupić się ponownie w łaski słuchacza.
Charakterystyczne dla płyty jest to, że podobają się kompozycje nie tylko własnych ulubieńców (a w moim przypadku jest ich kilku). Ten album po prostu trzyma się kupy. Tym samym dołącza do grupy moich ulubionych projektów.
Mam nadzieję, że płyta odniesie sukces, co zdopinguje muzyków do nagrania kontynuacji.

Krótki, spokojniejszy – może nawet bardziej rozlazły utwór nie rzuca cienia na całokształt i album byłby doskonały gdyby nie kwestia brzmienia i jeden związany z tym mankament. Być może niektórzy uznają to za znak czasów, lub też określają jako nowoczesne brzmienie. Wprawdzie w tym przypadku nie jest to tak ewidentne jak przy Dragonfire, Mystherii – gdzie aż bolały od tego zęby – ale w tym przypadku również centrala brzmi dość syntetycznie. Drażni to dosłownie w kilku fragmentach, albo – jeśli pod tym kątem się wsłuchamy… ale faktem jest, że drażni.

Tak czy inaczej to pozycja, którą wpisuję na moją listę albumów do rocznego podsumowania… płyta świetna – prawie.
Punkt odejmuję za brzmienie, połówkę za utwór, który mnie nie przekonuje – prawda jest jednak taka, że jest to najczęściej słuchana przeze mnie płyta ostatnich dwóch miesięcy…

8,5/10

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *