1. Head Like A Hole
2. Terrible Lie
3. Down In It
4. Sanctified
5. Something I Can Never Have
6. Kinda I Want To
7. Sin
8. That’s What I Get
9. The Only Time
10. Ringfinger
Rok wydania: 1989
Wydawca: TVT Records
http://www.nin.com/
Prawdziwe „wejście smoka“, jeden z najbardziej błyskotliwych debiutów w
historii rocka (chociaż NIN trudno jednoznacznie sklasyfikować tylko
jako rockowy zespół. Album spędził ponad 100 tygodni na prestiżowej
liście amerykańskiego magazynu „Billboard“, pokrył się potrójną platyną.
A nie zapominajmy, że „Pretty Hate Machine“ ujrzał światło dzienne w
barwach niezależnej wytwórni…
Nine Inch Nails to oczywiście Trent Reznor. Geniusz i wizjoner.
Kompozytor, wokalista, instrumentalista, producent w jednej osobie.
Jedna z najbardziej wpływowych postaci w muzycznym światku w ostatnich
25 latach, a zarazem człowiek trzymający się zawsze gdzieś na uboczu…
Nie byłoby fenomenu Marylina Mansona bez Trenta Reznora. Zresztą
wystarczy przesłuchać ten materiał, by bez trudu wychwycić podobieństwa
do późniejszych najsłynniejszych produkcji kontrowersyjnego Amerykanina.
Jak „Pretty Hate Machine“ broni się ćwierć wieku (to naprawdę już tyle
lat minęło?!?!) od daty premiery? Bardzo dobrze, mimo że parę razy
zdążyły się zmienić muzyczne mody. Reznorowi często przyklejana jest
etykietka
„industrial“, chociaż sam artysta zwykle dystansuje się od tego gatunku. Woli raczej termin „synth pop“.
Industrial mocno odcisnął jednak swoje piętno na wybranym do promocji
„Head Like A Hole“ oraz drugim w spisie utworów „Terrible Lie“. Ale
poruszający, balladowy „Something I Can Never Have“ to już zupełnie inna
kategoria. Fortepianowe motywy plus przejmujący wokal lidera – ciary
wciąż latają po plecach.
Promocji płyty bardzo pomogła MTV (wówczas jeszcze stacja puszczająca
muzykę, a nie popisy Trybsona). „Head Like A Hole“ i „Down In It“ dosyć
często obecne były na wizji. „Sin“ już nie, gdyż został odrzucony przez
stację jako zbyt kontrowersyjny. Proszę, jak to się czasy zmieniły,
teraz w programie MTV mamy absolutnie legalną bzykalnię i wszystko jest
ok;) A wracając do „Sin“: to jeden z najmocniejszych punktów tego
albumu.
Zresztą… ciężko szukać tutaj słabości. Reznorowi udało się uniknąć
pułapki monotonii, w którą chętnie wpadają przedstawiciele muzyki z
przymiotnikiem industrial (Ministry na przykład). Po prostu: płyta z
kategorii
„Trzeba posłuchać“!
9/10
Robert Dłucik



















































