1. Wounds become scars
2. End of falling
3. Echoes of a life
4. Nature calls
5. Price we pay
6. Follow
7. Legacy
8. Humans
9. Whatever may come
10. Faith collapsing
11. Eternal (Bonus)
Rok Wydania: 2017
Wydawca: Rockestatal Records
http://www.facebook.com/nextstep.rock
Wędrując po świecie często staram się poznać nie tylko historię danego
kraju, ale przede wszystkim jego kulturę i oczywiście muzykę. Z racji
tego, że w moim muzycznym sercu dużo miejsca zajmuje muzyka rockowa i
metalowa, często skłaniam się ku artystom tego właśnie gatunku. I tak na
przykład muzyczne skarby Hiszpanii to dla mnie przede wszystkim
legendarne Mago de Oz, nie mniej legendarna Medina Azahara, Avalanch,
czy Tierra Santa. Długo zastanawiałem się, jaki będzie następny krok w
poznawaniu iberyjskiego metalu, aż wpadła mi w ręce płyta pochodzącego z
Madrytu zespołu Next Step.
Jest to dość młoda grupa – muzycy (za mikrofonem i na gitarze Guillermo
Garcia, na drugiej gitarze Irene Genova, na gitarze basowej Jesus
Hernando, a za perkusją Diego Solana) mieli po 14 lat, kiedy postanowili
zawojować hiszpańską scenę metalową i od 2008 roku zaczęli tworzyć
podwaliny tego, co dziś istnieje jako Next Step, inspirując się przy tym
takimi kapelami, jak Metallica czy Green Day. W pierwszych latach
działalności udało im się wydać EPkę oraz kilka singli, natomiast w tym
roku wypuścili debiutancki album, zatytułowany „Legacy”. Marzą o
podbiciu nie tylko Hiszpanii, ale i całej Europy. Co więc mają do
zaoferowania?
Album otwiera utwór „Wounds become scars”. Rozpoczyna go fajny,
rozpędzający riff. To melodyjny kawałek, okraszony również
growlem/krzykiem w refrenie. Całość dobrze zagrana, z dość niezłą
solówką. Numer dwa to „End of falling”, rozpoczynający się ciężkim i
szybkim riffem, przypominającym „Fuel” Metalliki. Niestety, użycie
growlu jest tutaj niezbyt trafionym pomysłem: zabija to fajną
melodyjność refrenu, śpiewanego zwykłym wokalem. Całość próbuje ratować
zmyślna solówka, jednak nadużycie growlu sprawia, że z czasem numer
staje się męczący.
Pora więc przejść do trójki. A jest nią „Echoes of a life”. Wgniatająca
gitara daje znać, że może być dobrze. Szkoda tylko, że w zwrotce
wokalista nie zakręcił śpiewem i nie pokusił się o jakiś fajny, pasujący
tu orientalny motyw. Ale i tak nie jest źle – pojawia się na przykład
solówka z dobrą grą perkusji. Kawałek znacznie lepszy od dwóch
poprzednich.
Czwartą propozycją madrytczyków jest „Nature calls”. W rytmie coś jakby
walczyk, a gitarka brzmi jak wyjęta z ballad grupy Hey. Jednak mimo
wszystko odnosi się wrażenie, że grupa każdy kawałek gra tak samo,
według tych samych schematów. Bo na przykład tutaj z założenia miała być
ballada, a dostajemy znów taki sam utwór, jak poprzednie. Nie wróży to
dobrze.
„Price we pay” rozpoczyna się klimatycznie. Szum i trzaski płyty
analogowej. Delikatna gitara i fajne klawisze. Wreszcie fajny śpiew
lidera. Z czasem dołączają gitary i robi się ciężko. Wszystko tak, jak
być powinno. To ten numer powinien otwierać płytę. Ale, do cholery,
czemu znów fajną kompozycję psuje ten growl, który jest taki sam, jak ze
dwa numery wcześniej? Jakby się uparli zepsuć dobrze zapowiadający się
numer. I niestety z fajnego początku już niewiele zostaje. Zostaje za to
płytkość, jaką grupa prezentuje właściwie od samego początku. Nawet
powrót do motywu wyjściowego niewiele pomaga. Pojawia się za to niby
„płaczliwa” i niezła solówka, ale niesmak niestety pozostaje. Szkoda.
Szósty numer ma tytuł „Follow”. Połamany riff na początku i niespokojna
gitara skacząca po kanałach. Znów szkoda, że wokalista nie pobawił się
melodyjnością zwrotki, która aż się prosi o jakieś ozdobniki. Dobrze
wychodzi mu za to fajne przeciąganie nut w refrenie, co daje
interesujący efekt spowalniający cały numer, mimo, że zespół nie gra
wcale wolno. Pojawiają się również chóralne zaśpiewy, dzięki czemu ten
kawałek to zdecydowanie najciekawsza kompozycja na płycie.
Tytułowy „Legacy” otwiera gitara akustyczna i lekka rozmydlona gitara.
Następnie zespół przyspiesza, niwecząc nadzieję słuchacza na jakąś
stylową hiszpańską balladę. Niestety najwyraźniej „dziedzictwo” to dla
Next Step tylko slogan, bo w zamian otrzymujemy pretensjonalną piosenkę w
stylu lat 90. w manierze Red Hot Chili Peppers. Poza tym kawałek się
niczym szczególnym nie wyróżnia – aż dziwne, że dał on tytuł płycie.
Kolejny to „Humans”, który otwierają ciężkie riffy gitar i mieszany
wokal (na przemian zwykły śpiew i growl), co według mnie świadczy o tym,
że wokalista nie miał zupełnie pomysłu na zagospodarowanie swojej
działki. Sama piosenka znów podobna do pozostałych, jednak z tą różnicą,
że kapela wreszcie gra szybciej, a do głosu chyba po raz pierwszy
dochodzi dobra praca sekcji rytmicznej. I nic ponadto.
„Whatever may come” to ponowny chwyt za gitarę akustyczną. No, może
teraz wyjdzie im jakaś ballada. Robi się klimatycznie. Tylko czemu
wokalista nie może chociaż na chwilę porzucić tej dziwnej maniery? Raz
już dał przykład fajnego śpiewu, ale wygląda, że to był tylko wyjątek
potwierdzający regułę. Na nic to, że jest tzw. slide na gitarze i że
świetnie słychać bas, skoro wokalista zdaje się zamieniać w Anthony’ego
Kiedisa. Może przed wejściem do studia powinien jednak zjeść batonik,
wypełniony karmelem i orzeszkami? Skutek jest taki, że to, co
zapowiadało się na ciekawą balladę, znów jest zepsute.
Przedostatni to „Faith collapsing”. Fajne bębny znów dają nadzieję na
coś więcej. Numer z wolna się rozpędza i staje się naprawdę ciekawy.
Najlepiej wypada refren i świetna gra basu. Szkoda, że to zaledwie drugi
numer, który wpada w ucho i zostaje w głowie na trochę dłużej, niż
pozostałe. I chociaż próbuje go znów popsuć niepotrzebny growl, to
całość rekompensuje jego druga część, w której słychać świetną grę
gitar.
Jako bonus dodano „Eternal”, który stylem i kompozycją nie ustępuje wcześniejszym kawałkom – jest równie słaby i wtórny.
Słaba to płyta. Jeśli muzycy marzą o czymś więcej, niż tylko próby, to
przede wszystkim muszą nauczyć się komponować piosenki. I to najlepiej
tak, żeby różniły się od siebie. Muszą też zadbać o własny styl i
odróżnić „inspirację” od „kopiowania”. Dobrze byłoby też zainwestować w
sprzęt, żeby zrozumieć, że instrumenty i wzmacniacze są w muzyce równie
ważne, jak człowiek, który na nich gra. Same dobre chęci dziś niestety
nie wystarczą.
3/10
Mariusz Fabin
















































