1. Over Krakatoa (5:07)
2. King of the Deep (8:51)
3. Lamorna (1:28)
4. Doctor Kool (11:10)
5. The Iceman (10:29)
6. Where are you now (10:44)
7. Book of Days (between the lines) (3:27)
8. Book of Days (3:31)
Rok Wydania: 2007
Wydawca: EMI/NEKTARUS
Nektar w latach siedemdziesiątych był jednym z wielu (niestety
zapomnianych już dzisiaj) zespołów, który dawał podwaliny muzyce
rockowej, tej muzyce rockowej o bardziej ambitnych horyzontach. Czy
dzisiaj ktoś jeszcze pamięta o takich markach jak: Rare Bird, Gracius,
Arcadium, Indian Summer, Khan, Grobshnitt, Gentle Giant czy właśnie
Nektar ? Wydane na początku lat siedemdziesiątych ich dwie pierwsze
płyty: „Journey To The Centre Of The Eye” i „A Tab In The Ocean” były
dziełami które mogły śmiało konkurować z „A Saucerful Of Secrets”
Floydów. Mimo że w zasadzie Nektar to grupa brytyjska, jednak więcej
wspólnego ma z Niemcami, zespół powstał w Hamburgu w 1969 r. i większe
sukcesy niż na rynku brytyjskim odnosił właśnie w Niemczech jak również w
Stanach Zjednoczonych.
I pewnie nie dowiedziałbym się prawdopodobnie że zespół funkcjonuje do
dziś, gdyby do ręki nie wpadła mi ich wydana niedawno nowa płyta – Book
of Days. Z oryginalnego składu w zespole pozostali jedynie wokalista i
gitarzysta Roye Albrighton i perkusista Ron Howden. Muzyka którą
prezentuje zespół współcześnie nie jest już taka speace rockowa i
psychodeliczna, ale i czasy mamy inne, mimo wszystko dzięki brzmieniom
organów hammonda i gitarowym dźwiękom wydobywających się spod palców
Royea Albrightona można jeszcze wychwycić ten klimat i smak wspaniałych
dla rozwoju muzyki rockowej lat siedemdziesiątych.
Płyta rozpoczyna się odgłosem burzy, jak na wielu rockowych muzycznych
wydawnictwach, potem wchodzą gitarowe riffy i organy hammonda, tak
rozpoczyna się utwór „Over Krakatoa”, czuć że zespół to nie
młodzieniaszki lecz weterani sceny muzycznej, trochę zniekształcony
wokal taki słyszymy jedynie w tym jednym utworze, dodaje temu
rozedrganemu kawałkowi jakieś pozaziemskiej speacerockowej aury, i nie
byłbym sobą gdybym z czymś tego nie skojarzył – Hawkwind.
Drugi z kolei utwór – „King of the Deep” rozpoczyna się przepięknym
brzmieniem hammondów, tu już normalny wokal, naprawdę świetny refren,
taki co chce się nucić, jeśli lubicie wczesne brzmienie grupy Camel, to
jest to podobny klimat. Utwór ewoluuje w drugiej części, staje się nieco
tajemniczy z rewelacyjną partią gitary basowej.
Dalej mamy akustyczną jednominutową gitarową miniaturę – „Lamorna”.
Wędrujemy dalej w głąb „Book of Days”, następny utwór – „Doctor Kool”,
jest po prosu cool, dalej mamy do czynienia z tym nieco archaiczny
brzmieniem, tworzącym niesamowity klimat trudny do usłyszenia wśród
licznych neoprogresywnych produkcji.
Kolejną kompozycją jest – „The Iceman”, to wspaniała dziesięciominutowa
muzyczna podróż w krainę wiecznego lodu, znakomita kompozycja, świetne
solówki gitarowe nie stawiają co prawda na baczność włosów na ciele tak
jak solówki Latimera w utworze „Ice”, ale w rzeczy samej robią wrażenie.
Następnie robi się dosyć żywiołowo za sprawą pełnego werwy utworu „Where
are you now”, który w punkcie kulminacyjnym znów ewoluuje, wokal staje
się bardziej natchniony, i znów mam skojarzenia ze starym Camelem, tym z
„Lady Fantasy”.
Na zakończenie zespół uraczył nas dwoma tytułowymi kompozycjami w dwóch
częściach: Book of Days, obie liryczne, bardzo ciepłe, balladowe, z dużą
dozą melancholii. Nie spodziewałem się takiego zakończenia tej płyty,
panowie się rozmarzyli (ja też).
Obcowanie z tą muzyką sprawiło mi wiele radości, i oto chyba w tym wszystkim chodzi…
8/10
Marek Toma















































