NEAL MORSE – 2012 – Momentum

1. Momentum (6:25)
2. Thoughts Part 5 (7:51)
3. Smoke and Mirrors (4:38)
4. Weathering Sky (4:15)
5. Freak (4:29)
6. World Without End (33:39)
i. Introduction
ii. Never Pass Away
iii. Losing Your Soul
iv. The Mystery
v. Some Kind of Yesterday
vi. World Without End

Rok wydania: 2012
Wydawca: Radiant Records
http://www.nealmorse.com


Neala Morse’a nie opuszcza wiara, nie opuszcza go również twórcza wena! Niespełna rok temu ukazało się znakomite „Testimony 2”, będące moim zdaniem jedną z lepszych płyt, które wydał od czasu odejścia ze Spock’s Beard. Tymczasem również nakładem Inside Out, ukazuje się kolejna porcja świeżej muzyki naszego kaznodziei rocka. Szczerze mówiąc podchodziłem do nowego materiału z pewna niepewnością – chociaż jak mówiłem Neala wiara nie opuszcza, mnie natomiast dopadł moment zwątpienia. Czy po tak dobrej płycie jaką była „Testimony 2”, w stosunkowo krótkim czasie, zdoła nagrać równie dobry materiał? Czy nie obniży lotów jak miało to miejsce na nieco słabszej „Lifeline”? Swoim nowym dziełem muzyk ten dał jednak dowód na to, że nie należy wątpić!

Neal gra tutaj nie tylko na klawiszach, dobrze również radzi sobie w grze na gitarze. W nagraniu płyty wspomogli go (nie pierwszy zresztą już raz) Mike Portnoy (na perkusji) oraz Randy George (na basie). Jest równie całkiem spora lista zaproszonych gości ( m.in.: grający na gitarze Paul Gilbert i Adson Sodré, klarnecista Bill Hubauer…)

„Momentum” jest materiałem wyjątkowo żywiołowym. Składa się w głównej mierze z krótszych i bardziej energetycznych fragmentów. Takie jest właśnie tytułowe „Momentum”. Nie mniej dynamiczny jest kolejny „Thoughts Part 5”, będący muzyczną kontynuacją kompozycji, które pojawiały się na płytach Spock’s Beard. Po dwóch stosunkowo szybkich kompozycjach, pora na wyjątek (jedyny spokojniejszy fragment na płycie), balladowy (przyjemny dla ucha, jak i dla ducha), „Smoke and Mirrors”. Kolejny, „Weathering Sky” nie sposób nie skojarzyć z Wielką Czwórką z Liverpoolu, to jakby podrasowany zadziornymi gitarami beatlesowski kawałek. Najbardziej „usymfonicznionym” fragmentem tej płyty, jest natomiast „Freak”. Trzeba przyznać, że bardzo chwytliwe to „Dziwadło”, podane w otulinie instrumentów smyczkowych. Większość kompozycji swoim czasem oscyluje gdzieś w rejonach 4-ech minut, to wręcz niepodobne do Neala Morse’a! Artysta nie byłby sobą, gdyby nie umieścił na płycie chociaż jednego długasa! No i jest, składający się z 6-u części, 33-minutowy, wielowątkowy, „World Without End”. Niby nic odkrywczego a jednak cieszy! Słychać w tym epiku zarówno stare dobre Genesis, jak również to, za co lubimy dzieła Spock’s Beard i Transatlantic.

Płyta zawiera więc wszystko to, co u Morse’a najlepsze. Pełna jest jego charakterystycznych, niezwykle ciepłych, natchnionych wokali i przepięknych instrumentalnych momentów, bogatych w przepyszne gitarowo-klawiszowe dialogi. Mimo, iż muzyka jaką tworzy, praktycznie mało się zmienia, jej żarliwa aura oddziałuje na człowieka niezwykle pozytywnie, sprawiając w odbiorze potężną dozę przyjemności.

9/10

Marek Toma

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *