NEAL MORSE – 2008 – Lifeline

1. Lifeline
2. Way Home, The
3. Leviathan
4. God’s Love
5. Children of the Chosen
6. So Many Roads/Star For A Day/The Humdrum Life/All The Way To The Grave
7. Fly High

Rok Wydania: 2008
Wydawca: Radiant


Odkąd Neal Morse odszedł od Spock’s Beard praktycznie nie ma roku w którym nie uraczył by nas przynajmniej jednym, jak nie kilkoma wydawnictwami płytowymi.
W zeszłym roku ujrzał światło dzienne jego świetny koncept album Sola Scriptura dotyczący reformacji i życia Marcina Lutera. Tematyka religijna jak wiemy jest główną inspiracją jego solowej kariery. Obecny rok zaowocował już jego dwoma solowymi płytami, jedną z nich jest Secret Palace, jest to właściwie zbiór pieśni religijnych oraz kolejna rockowa pozycja w jego dyskografii – album Lifeline.

Nowa płyta niczym nie zadziwia, dostajemy to, do czego Neal Morse nas przyzwyczaił, to znaczy jest bardziej Spock Beardowy niż obenie Spock Beard. Mnóstwo pięknych melodii, świetnych pasaży klawiszowych, rozbudowanych kompozycji z licznymi lecz przewidywalnymi zmianami tempa. Album jest tak zbudowany że na początku i na końcu dostajemy najdłuższe kompozycje, można powiedzieć progresywne suity. Pierwszą z nich jest 13 – to minutowa kompozycja tytułowa – Lifeline, lecz szczególnie ta druga trwająca „zaledwie” 28 minut – So Many Road robi szczególne wrażenie. Reszta utworów w porównaniu z nimi to po prostu muzyczne miniaturki. Drugi utwór po tytułowym Lifeline, to The Wey Home, to typowa morsowa ballada z ukłonem w stronę The Bateles, takie współczesne The Long and Winding Road. Natomiast utwór kolejny Leviatan jakby bardziej awangardowy i w warstwie muzycznej mam znowu skojarzenia z zespołem wręcz archaicznym jeżeli chodzi o historię rocka, słychać tu wyraźne wpływy Gentle Giant.
Po tym utworze słyszymy lżejszy, rozkołysany Goods Love, następnie dostajemy jeszcze przeciętny Children of The Chosen by dojść do sedna sprawy, do absolutu jakim jest wspomniana wcześniej kompozycja So Many Roads i dla tej kompozycji tak naprawdę warto zdobyć tą płytę. Jest w niej właśnie ta pasja, ta magia jaka charakteryzowała wczesne płyty macierzystej formacji Neala Morsa. Na zakończenie możemy usłyszeć na otarcie łez jeszcze kompozycji Fly Hig, to kompozycja nadająca się do tego by rozświetlić na sali koncertowej panującą ciemność przez oświecenie zapalniczki – światełka w mroku. Kompozycja idealna do zwieńczenia tej mimo wszystko niezłej płyty.

Jednak powiedzmy sobie szczerze, tak jak Spock Beard-om brakuje Neala, tak Nealowi brakuje drużyny Spocks Beard. Tak jak Nick D’Virgillio nie stał się nowożytnym Collinsem tak Neal Morse nie jest nowożytnym Gabrielem.

7/10

Marek Toma

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *