NAKED ROOT – 2023 – Hipnagogia

Ciemna Sieć
Ta Noc
Moja Siła
Mgła
Zjawa (Lęk I)
Kat (Lęk II)
Bez Wytchnienia
Zagubieni
Już Czas

Rok Wydania: 2023
Wydawca: Music And More


Hipnagogia to stan, kiedy w czasie zasypiania pojawiają się wyraziste i realistyczne wyobrażenia. Osoba, u której występuje owo zjawisko jest świadoma przechodzenia w stan snu, ale równocześnie może doświadczyć bardzo silnych bodźców słuchowych czy wzrokowych. Zdarza się, że doświadczają jej osoby, które mają zakłócony cykl dobowy lub może być jednym z pierwszych objawów narkolepsji (zaburzenia snu objawiające się nadmierną sennością w ciągu dnia i napadami snu). Hipnagogia to także nazwa trzeciego albumu pochodzącej z Łodzi grupy Naked Root. Po trzech latach od wydania od albumu „The Maze” grupa postanowiła wejść do studia, by stworzyć materiał, który ostatecznie zawarł się w dziewięciu kompozycjach. Tym razem stojąca za mikrofonem Jola Górska postawiła na rodzimy język polski, co niejako zwiastowała końcówka poprzedniej płyty. Nowością w repertuarze jest także fakt, iż nie zdecydowano się bonusów w postaci coverów, jak to było przy poprzednich dwóch albumach. Jednakże grupa, której skład się nie zmienił znalazła na to dość ciekawy sposób – świadomy czy nie. Oto jest pytanie, bowiem w różne miejsca zastosowano mrugnięcie oka do słuchacza mówiące głośno co mogło być inspiracją. Ale o tym za chwilę. Dla przypomnienia poza Jolą zespół tworzą: Tomek Krawczyk (gitara), Arek Wieczorkowski (klawisze), Tomek Hubicki (bas), Grzegorz Szelewa (perkusja). Tak więc płyta start.

Jedynką na płycie jest „Ciemna sieć”. Rozpoczyna się ona od klawiszy, które z każdą sekundą podkręcają tempo. Zadziornie i interesująco brzmi tutaj Jola za mikrofonem. Jej unoszący się i opadający wokal może kojarzyć się z huśtawką. Ciekawe, czy tak powstała ta melodia w refrenie. Wybornie również brzmi tutaj gitara, która wchłania słuchacza swoim fajnym riffem, a także mądrze i efektywnie zagraną solówką, która wypływa sobie ot tak sama z siebie. Warto się także wsłuchać w pracę perkusji i doskonale nagranego basu w tle. Jest tam pracy co niemiara.

„Ta noc” zajmuje na tym krążku numer dwa, ale to właśnie ona została wybrana na utwór promujący „Hipnagogię”. Dość śmiałe posunięcie, ponieważ tekst, aż kipi erotyką. Jednak to co najbardziej rzuca się w uszy to genialnie niemal purplowskie klawisze, które mogą kojarzyć się z grą Dona Airey. Gitarowy riff zaś kojarzyć się może z grą Zakka Wylda. Szczególnie mam tu na myśli „zakręcony” riff w Osbourne’owym „Gets me through”. Melodia refrenu to jakby lekkie przypomnienie pierwszych stawianych kroków w rockowym świecie przez Naked Root („I wanna dance with you”). Wszystko to jednak sprawia, że słucha się tego utworu nader przyjemnie. Jest chwytliwie i z pazurem. Solówka Tomka na gitarze kojarzy mi się z grą gitarzysty grupy Traktor – Standy Balko. Warto zwrócić uwagę na chórek w tle. W pierwszym wrażeniu przypomina on coś w rodzaju szelestu bicza. Dzięki temu słychać, że numer jest dopracowany w najdrobniejszych szczegółach.

Kolejną kompozycją na „Hipnagogii” jest „Moja siła”. Rozpoczyna się ona od delikatnych klawiszy i gitary akustycznej w tle. Przygrywa do tego delikatna gra gitary elektrycznej, która momentalnie przyspiesza i sprawia, że numer jest trochę cięższy. A teraz mały konkursik. Pytanie brzmi: z czym się Wam kojarzy łącznik przed refrenem? Led Zeppelin, Dio? Ależ sprytnie puszczone oko w stronę rockowych inspiracji. Fajnie tutaj zastosowano także zmianę tempa. Z czasem ta kompozycja w przyjemny sposób zostaje sobie wygaszona. Niczym reflektory na rockowej scenie przez realizatora światła. Jednak przed nami czwarty numer na płycie, a zarazem jak dla mnie największą perłę tego albumu.

„Mgła” rozpoczyna się od mrocznych, niemal gotyckich Arkowych klawiszy. Z czasem jednak dołącza ciężka, czarna gitara. Ale to Jola jest całą siłą tej kompozycji. Śpiewa bardzo nisko, jakby to Renata Przemyk pisała zarówno tekst, jak i muzykę tego kawałka. Swoją drogą ciekawe, jakby to brzmiało w duecie. To, że Jola potrafi śpiewać było już pewne od debiutu, ale to, co ona wyprawia tutaj wokalnie, a przede wszystkim to jak ona interpretuje tekst, to jest wokalistyka najwyższej próby. I jest to kolejny ważny powód, dlaczego tę wokalistkę uważam za jedną z najciekawszych wokalnie osób młodego pokolenia, które mogą stać się najważniejszymi muzykami polskiego, rockowego grania. Warto także wspomnieć o fajnej solówce, która może się korzyć z Pacjentem numer dziewięć Ozziego. W ten oto sposób pora przerzucić płytę na stronę B.

Pod numerem pięć kryje się „Zjawa (Lęk I)”. I zaczynamy od typowo charakterystycznego dla zespołu klimatu i riffu. Arek na klawiszach w groźny sposób zaznacza klimat kompozycji. Jola zaś śpiewa tutaj z lekka zabarwioną arabeską. I znów refren jest interesującym, rockowym wyznacznikiem, w którym ten numer biegnie. W sprytny sposób gitara przejmuje arabeskową pałeczkę, której się chce słuchać bez końca, ponieważ co rusz pojawia się dobre i efektywne granie.

„Kat (Lęk II)” prezentuje z kolei udaną próbę zwiększenia ciężaru i wgniecenia słuchacza w fotel. Tutaj jeszcze raz bardzo mocno mi tutaj pachnie grupą Traktor, która nieraz już pokazała jak rozjechać swoim ciężarem słuchacza. W tym przypadku jest bardzo podobnie, z tą różnicą, że refren jest nieco łagodniejszy. Warto wsłuchać się w znów w świetne klawisze i mocno kopiący bas. Natomiast to, co gitara pod koniec robi ze słuchaczem, to jest mistrzostwo świata. Zupełna zmiana klimatu. Jest magicznie, wręcz kosmicznie. Aż żal, że postanowiono wyciszyć końcówkę, bo tych kilka nut tak się wkręca w umysł, że spokojnie tak mogłoby trwać i trwać. Wydaje mi się, że mogłoby to być przejście do czegoś monumentalnego.

Utwór „Bez wytchnienia” rozpoczynają po raz kolejny ciekawe klawisze i gitara, która kojarzy mi się z grą Mariusza Kumali. Sama kompozycja mogłaby się stać hitem w rockowych rozgłośniach radiowych. Jest z pazurem, z kapitalnym melodyjnym refrenem. Znów interesująco wypada tutaj praca sekcji rytmicznej. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu. Jest także charakterystyczna dla grupy „Krawczykowa” solówka na gitarze, jak i wieńczące, niestety wyciszane, klawisze.

Przedostatnią kompozycją są „Zagubieni”. Jest to chwilowe, lekkie wyciszenie i uspokojenie po ostatnich mocnych minutach. Nie ma tu mowy rzecz jasna o balladzie, bo są tutaj cięższe fragmenty za sprawą gitary i znów genialnego wokalu. Dźwięki wydobywane z gitary brzmią bardzo złowrogo. Zarówno w warstwie prowadzenia całości, jak i solowego. A tym, co uspokaja, jest tempo. Powolne i kroczące. Znów niestety w pewnym momencie, kiedy Arek na klawiszach dochodzi do głosu, realizator postanawia go wyciszyć. Trochę szkoda, bo jest tutaj potencjał aby klawiszowiec coś pokazał więcej od siebie.

I ostatni już na płycie numer. „Już czas” w warstwie gitarowej mocno według mnie zainspirowany został grą Randego Rhoadsa. Znów jest z pazurem, ze zmianą tempa. Z każdą kolejną sekundą można powoli myśleć o podsumowaniu tej płyty. Jest to pierwsza w pełni po polsku śpiewany album. Wyszło to mocno na plus, ponieważ Jola ma mocny głos, którym doskonale potrafi operować. I słychać, że nie musi się tak pilnować tak jak to było w przypadku polskich bonusów na poprzedniej płycie. Tam było słychać, że pilnuje, by wyszło dokładnie tak, jak w wersji anglojęzycznej. Tutaj jest już jazda bez trzymanki z idealną interpretacją testu. Odnoszę wrażenie, że również gitara się rozwinęła w porównaniu z kompozycjami na poprzednich płytach. Wtedy kiedy trzeba jest delikatnie, a w innym momencie mocno, mięsiście. Ta płyta ma jednak jedną wadę. Pomimo dziewięciu utworów, to niespełna czterdzieści minut muzyki. Można odnieść wrażenie, że w niektórych momentach, aż się prosi, by się pokusić o jakąś improwizację lub inne, dłuższe zakończenie niż realizatorskiego wyciszenia. Cały album przelatuje bardzo szybko i ani się nie obejrzymy, a tu już koniec. Czas się budzić. Hmm a może ten hipnagogiczny stan trwa tak krótko… Niemniej jest to godna polecenia płyta, której daję

8.5/10

Mariusz Fabin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *