MUSE – 2015 – Drones

1. Dead Inside
2. [Drill Sergeant]
3. Psycho
4. Mercy
5. Reapers
6. The Handler
7. [JFK]
8. Defector
9. Revolt
10. Aftermath
11. The Globalist
12. Drones

Rok wydania: 2015
Wydawca: Warner Bros
http://muse.mu/


Jeśli kiedyś będę miał za zadanie stworzyć listę najbardziej kontrowersyjnych zespołów na pewno znajdzie się na niej Muse i to na bardzo wysokim miejscu. Jedni kochają ich za wspaniałe melodie oraz gitarową wirtuozerię. Drudzy z kolei wytykają im nadmierny patos, który wylewa się z kompozycji. Prawda leży gdzieś pośrodku. Mimo, że należę do pierwszej grupy, niektóre utwory rzeczywiście są ciężkostrawne nawet dla wytrwałego słuchacza. „Drones” w tej kwestii nic nie zmieni. Każdy pozostanie przy swoim zdaniu.

Kilka miesięcy przed premierą zapowiadali, że będzie to powrót do korzeni. Zatrudnienie legendarnego Roberta „Mutta” Lange (tak, tego od Def Leppard i AC/DC) miało zagwarantować rockowy brud. Po przesłuchaniu można śmiało stwierdzić, że była to pewnego rodzaju zmyłka. OK, płyta jest bardziej rockowa, choć wspomnianego brudu mało. Mniej tu na pewno kombinowania niż ostatnio, ale Muse wcale nie patrzą w przeszłość. Kontynuują drogę obraną na „The Resistance” czy „The 2nd Law”. Dokładając przy tym mocniej do pieca, co fanów „starego” wcielenia powinno cieszyć.

Otwierający „Dead Inside” potwierdza wcześniejsze słowa. Mocno elektroniczny utwór spokojnie odnalazłby się na poprzednim albumie. Podobnie jak „Mercy” z klawiszami rodem z lat 80. i refrenem, na którego już czekają największe stadiony świata. Nazwanie go młodszym bratem „Starlight” nie będzie wcale nadużyciem. Poprock na najwyższym poziomie. Bardziej rockowo robi się w „Psycho” z niezłym groove („Personal Jesus” się kłania) oraz motywem znanym od dawna z koncertów. Z potencjałem na listy przebojów, ale przez dużą ilość „fucków” furory raczej tam nie zrobi. Zostają więc koncerty. „Reapers” to przede wszystkim popis gitarowych umiejętności lidera zespołu. Warto zwrócić ponadto uwagę na improwizowaną końcówkę, która aż zalatuje Rage Against the Machine, notabene uwielbianym przez samych muzyków i wskazywanym jako wielka inspiracja. Z kolei „The Handler” jest niczym walec. Wolniejszy, ociężały, ale z powalającym riffem i „kosmicznym” odlotem w środkowej części. Osobiście na taki Muse czekałem od dawna, mimo tego, że ostatnie krążki przypadły mi do gustu.

Odzywają się – a jakże! – inspiracje twórczością Queen. Słychać to w mocniejszym „Defector”, jak i przebojowym „Revolt” (te charakterystyczne wielogłosy). Niemałym zaskoczeniem będzie „Aftermath” z bardzo floydowskim początkiem, a także utwór tytułowy zaaranżowany wyłącznie na głosy. O ile ten pierwszy może się podobać, to zamykający „Drones” mnie osobiście nie przekonuje. Wydaje się zbędnym ogniwem świetnej całości. Choć pewnie pasował do koncepcji Bellamy’ego, o czym wspomnę za chwilę. Prawdziwym opus magnum jest natomiast 10-minutowy „The Globalist” pełen zmian tempa, podzielony wyraźnie na 3 części. Rozpoczyna się pogwizdywaniem, jak w westernie, następuje melancholijny klimat i tak spokojnie płyniemy, by ok. 6 minuty zostać zaatakowanym przez ścianę dźwięku – mamy do czynienia z najbardziej agresywnym wcieleniem. Szkoda, że temat tak szybko porzucają. Ostatnia część to Muse podniosły z fortepianem na pierwszym planie.

Jak wspomniałem akapit wyżej – warto chwilę poświęcić warstwie tekstowej „Drones”, jest to bowiem pierwszy w historii zespołu koncept album. Droga człowieka od porzucenia nadziei, przez pranie mózgu, za które odpowiedzialne jest państwo, mające przekształcić go w drona (wg Matta to: „metafora utraty empatii i braku zainteresowania tym, co dzieje się na świecie”), aż do ucieczki z opresyjnego systemu – to tak w skrócie.

Na „Drones” znajdziemy wszystko za co uwielbiamy trójkę z Teignmouth: stadionowe refreny, patetyczne utwory i wirtuozerię, której odmówić im nie można. Dla przeciwników będzie więc kolejnym powodem, aby omijać ich twórczość szerokim łukiem. A reszta zachwyci się tak samo, jak przy poprzednich krążkach, bo spadku formy nie słychać. Na zachodzie bez zmian.

8/10

Szymon Bijak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *