1. Colors
2. Crush The Moon
3. Migration Cult
4. How The Gods Kill
5. Trust
6. Generation Anthem
7. Piss & Laugh
8. Locust Follows Word
9. Magister Figurate Morte
10. The Arsonist
Rok wydania: 2016
Wydawca: –
http://mrome.bandcamp.com/
W Polsce przybywa projektów (nierzadko ciekawych), których przynależność
gatunkowa coraz częściej bywa mniej oczywista. Zespoły śmielej
eksperymentują, próbują łączyć różnorakie wpływy, nierzadko bazując przy
tym na tradycji danego gatunku. Dzięki „Noetic Collision On The Roof Of
Hell” za jedną z takich grup, można uznać rodzimy produkt funkcjonujący
pod tajemniczą nazwą MROME.
Myślę, że niewielu osobom ta nazwa coś mówi, dlatego postaram się nieco
rozjaśnić sytuację, szczególnie, że znalezienie jakichkolwiek informacji
o zespole (w internetowych zasobach) przynosi mizerne rezultaty. Wg
informacji, jakie uzyskałem bezpośrednio u źródła, grupa pochodzi z
Andrychowa i jeszcze do niedawna funkcjonowała jako duet – w ostatnim
czasie kolegów wspiera także basista. Początki formacji sięgają 1995
roku, kiedy to tworzyły go cztery osoby. Po zagraniu kilku lokalnych
koncertów oraz zrealizowaniu trzech demówek, w 2002 roku grupa rozpadła
się. Dopiero w 2009 roku z inicjatywy człowieka o pseudonimie „Kiev”,
MROME powrócił do życia, ale już jako solowe przedsięwzięcie. Jednak już
dwa lata później w projekt zaangażował się także pierwotny perkusista i
właśnie w takim składzie został zrealizowany „Noetic Collision On The
Roof Of Hell”.
Wydawnictwo – od strony wizualnej – wprowadza pewne zamieszanie z uwagi
na swój niejednoznaczny charakter. Patrząc na okładkę widać znak
pierwszych chrześcijan (rybę), która spada na świat niczym bomba
(wewnątrz wkładki ów znak przedstawiono w bardziej dosadny sposób). Z
początku myślałem, że to pewnie nowy twór muzyczny zainspirowany
twórczością Armii czy 2TM2,3, ale „rybomba” (tak to ładnie nazwali
autorzy materiału) nie dawał mi spokoju. Jak się okazało, było to
świadome zamierzenie zespołu, może nawet pewnego rodzaju sprytna
prowokacja. Jeżeli chodzi o pozostałą zawartość bookletu, nie ma się nad
czym rozwodzić – wkładkę cechuje ascetyczny minimalizm; znajdują się w
niej jedynie teksty (cholernie mała czcionka – nie na moje oczy). Te w
znacznej mierze odnoszą się do religii, która – jak bywa wśród
metalowych kapel – została przedstawiona w negatywnym świetle. Czuć w
nich dezaprobatę oraz negację wobec chrześcijaństwa, jednak metoda, jaką
posłuje się MROME nie jest aż tak dosadna jak to ma miejsce np. w
przypadku DEICIDE (panowie mają więcej kultury :)).
Dźwiękowo trudno tu mówić o fajerwerkach w sensie muzycznych rewolucji.
To bardziej wyważona próba pogodzenia muzycznych wpływów z autorskimi
wizjami. Panowie wykorzystują sprawdzone rozwiązania przy kreowaniu
własnych pomysłów, a te nierzadko pozostają w zdrowej opozycji wobec
wyraźnych inspiracji. Z tego względu ich muzyka nie jest oczywista,
jednoznaczna. „Noetic Collision On The Roof Of Hell” sprawia wrażenie
tworu dość eksperymentalnego, który po części został namaszczony
specyfiką mrocznego black/death metalu lat 90 – tych. Nierzadko daje się
wyczuć ducha SAMAEL z czasów kultowego „Ceremony Of Opposites” co
odzwierciedla m.in. „Migration Cult”. Podobieństwa daje się usłyszeń nie
tylko w kwestii muzycznej, ale przede wszystkim wokalnej – wokalista
MROME posiada podobną manierę, barwę jak „Vorp”. Niekiedy daję się też
poczuć klimat znamienny dla SLAYER z czasów „Seasons In The Abyss”.
Chodzi przede wszystkim
o charakterystyczne, orientalne gitarowe riffy, jakie pojawiły się przy
okazji „Crush The Moon” czy też „Generation Anthem”, który oprócz tego
posiada raczej blackowe zacięcie (tyczy się brzmienia). Na płycie
dominują średnie i wolne tempa bez skłonności do zbytniego pośpiechu –
sprzyja to tworzeniu monumentalnych form, co może wywołuje skojarzenia
wobec specyfiki doom metalu. Mimo to od czasu do czasu panowie
zagęszczają obroty – ma to miejsce np. przy okazji atmosferycznie
dualnego „Locust Follows Word” czy też blackowo nacechowanego „The
Arsonist”. Do tego panowie pozwalają sobie na małe odskocznie w kierunku
post metalu, dzięki czemu atmosfera nabiera nieco odmiennego
charakteru. Całość Została wyposażona w stosunkowo surowe, naturalne
(może nawet garażowe) brzmienie, bez zbędnych dociążeń oraz sztucznych
nowoczesności. Pod tym względem album prezentuje się całkiem
przyzwoicie. Pewne zastrzeżenia budzą natomiast partie instrumentalne
(szczególnie bębny). Zdarza się, że „kuleje” płynność, co chyba
najbardziej daje się we znaki podczas zagęszczeń dźwiękowych, przejść
„młynków” w „Migration Cult”. Poza tym bębniarz nie sili się na bardziej
wysublimowane podziały rytmiczne ograniczając się do niezbędnego
minimum (trochę przesadza za to z ridem na „i”). Nie przekonuje mnie
również przeróbka klasyka DANZIG („How The Gods Kill”), a dokładniej
rzecz biorąc jej umiejscowienie pośród autorskiego materiału. Może
jestem uprzedzony, ale moim zdaniem cover jak najbardziej tak, ale jako
bonus wieńczący płytę. Sam utwór wypadł całkiem nieźle (choć oryginał
ciężko przebić, szczególnie pod względem atmosfery) – panowie podeszli
do tematu po swojemu, przez co ich wersja nie gryzie się z resztą
materiału.
Cieszy fakt, że MROME mimo wyczuwalnych naleciałości dodają coś od
siebie. Kompozycje być może nie są specjalnie elektryzujące i chwytliwe,
ale mają w sobie pewien pierwiastek oryginalności, a to z całą
pewnością stanowi poważny atut na przyszłość. Mimo wielu odsłuchów, nie
udało mi się jednak do końca rozgryźć zawartości „Noetic Collision On
The Roof Of Hell”, Nie oznacza to jednak, że muzyka ekipy z Andrychowa
nie ma sensu. Wręcz przeciwnie – coś w niej jest, ale na chwilę obecną
nie jestem w stanie jednoznacznie tego określić.
Komu do gustu przypadnie dźwiękowa propozycja MROME? Ciężko powiedzieć…
Prawdopodobnie muzyka ich autorstwa może zainteresować sympatyków
mroczniejszych odmian death/black/doom metalu, w dość klasycznym,
monumentalnym wydaniu. Panowie nie próbują na siłę nikogo zauroczyć,
zadowolić – muzycznie robią to, na co akurat mają ochotę, takie
przynajmniej odbieram wrażenie. Nie usiłują przy tym (bo w sumie i po
co) dotrzymać kroku obecnym trendom. Zamiast tego preferują stylistyczne
wędrówki w rejony nacechowane specyfiką lat 90 – tych. Dlatego kto ceni
sobie tajemnicze twory w klasyczno
– eksperymentalnym wydaniu, ten być może zasmakuje w „Noetic Collision
On The Roof Of Hell”, który prawdopodobnie już niebawem doczeka się
swojego następcy (coś ma się na rzeczy), a ja sam jestem ciekaw jaki
będzie tego rezultat…
6,5/10
Marcin Magiera

















































