1. The Wound
2. The War
3. The Aftermath
4. The Innocent
5. The Ascent
6. As One
7. The One
8. The Circle
9. The Sun
10. Death
Rok wydania: 2026
Wydawca: ViciSolum Productions
Oficjalna strona
MOTHER OF MILLIONS to jedna z ciekawszych grup parających się szeroko pojętym progmetalem o wyraźnych skłonnościach wobec eksponowania silnych emocji, budowania nietuzinkowego klimatu. Teraz grecka formacja powraca z nowym wydawnictwem określanym m.in. jako najbardziej ambitne dokonanie w ich dotychczasowej karierze, a czy tak jest naprawdę?
Bezsprzecznie mamy do czynienia z materiałem wyjątkowym, muzyką wobec której nie sposób przejść obojętnie. „T” to istna uczta muzycznych wrażeń podana w dziesięciu treściwych dawkach. Trwający blisko 45 minut album przenosi słuchacza w inny świat, który pomimo dźwiękowego czaru, daje tylko złudne ukojenie. Wynika to z faktu, że prezentowane treści, a dokładniej ich tematyka – zwłaszcza jeżeli chodzi o warstwę tekstową – odnoszą się do zagadnień związanych z konfliktami (tych na świecie niestety nie brakuje). Te kojarzą się przede wszystkim z przykrymi doświadczeniami, bólem i cierpieniem. Nie jest to jednak prezentowane zbyt dosadnie, drastycznie (chociaż syrena alarmowa na wstępie „The War” wywołuje ciarki). Pod tym względem zespół podszedł do sprawy w sposób mniej dosłowny, niebezpośredni. Pokuszono się o wykorzystanie w tekstach poezji m.in. takich twórców jak Walt Whitman czy Emily Dickinson, ale w tej materii wolę nie rozwijać wątku, bo o poezji po prostu nie mam bladego pojęcia. W podobnym tonie utrzymana jest szata graficzna, a dokładniej okładka. Niby nic nadzwyczajnego, ot człowiek wpatrzony w dal. Jednak przyglądając się uważniej, można dostrzec zniszczone płótna powiewające na lekkim wietrze. W tej materii zachowano dyplomatyczną ostrożność nie wskazując głównych prowodyrów globalnych konfliktów, aczkolwiek białe gwiazdki na niebieskim tle jednego z materiałów zdają się naprowadzać na pewien trop. Wizualnie „T” – wydany w formie schludnego digipacku – prezentuje się jak najbardziej okazale, a sama okładka przyciąga wzrok. Co prawda dołączona książeczka nie jest już tak barwna – ewidentnie cechuje ją minimalizm oraz prostota, ale w poczuciu dobrego smaku (użyty papier kredowy przyjemny w dotyku).
To co jednak robi największe wrażenie to muzyka. Już pierwsze takty otwierającego „The Wound” (niepokojąca atmosfera i świetny refren!) sprawiają, że człowiek wyostrza zmysły, skupia całą uwagę na prezentowanych pomysłach, które są wyjątkowo ujmujące, a zarazem wciągające, dzięki czemu ma się ochotę na więcej. Zespół praktycznie na każdym kroku kontrastuje emocje, potęguje napięcie. Wykorzystuje do tego celu metalową energię, którą z powodzeniem przeplata klimatycznymi motywami. Panowie nie zamykają się też w sztywnych ramach gatunkowych, stąd wyczuwalna obecność elementów znamiennych chociażby dla post-metalu, djentu czy też atmosferycznych stylizacji, niekoniecznie o rock/metalowym wydźwięku, czemu sprzyja nienachalne użycie elektroniki oraz obecność wiolonczelowych motywów. Grupa nie wykazuje też skłonności do pośpiechu, a ten w przypadku tego typu muzyki jest zupełnie zbędny. Tutaj wszystko musi dojrzeć w swoim czasie, odpowiednio wybrzmieć. Do tego trzeba też mieć rozwiniętą świadomość muzyczną, ogólne wyczucie oraz wrażliwość, a tych rzeczy na pewno nie brakuje twórcom „T”. To wszystko razem czyni muzykę MOTHER OF MILLIONS wyjątkową, a przez to też ciekawą i absorbującą.
Dramaturgii dodają ekspresywne wokale, które są nośnikiem wielu emocji – niekiedy za ich pośrednictwem daje się poczuć swoiste cierpienie. Smaczku dodaje śmiała ilość żeńskich wokali, które dodatkowo urozmaicają atmosferę i pozytywnie wpływają na ogólną różnorodność. Przyjemnie prezentuje się klimatyczne mormorando we wstępie do „The Aftermath”, kompozycji, którą można uznać za jeden z najlepszych momentów na płycie. W tym też utworze świetnie wypada chóralny refren. Uwagę zwraca również zabieg zastosowany przy okazji lekko orientalnego „The Ascent”, w takcie którego występują mówione, finezyjne frazy (w języku greckim) o delikatnym nacechowaniu – bardzo dobrze tego się słucha. Pomimo wielu delikatności oraz atmosferycznych motywów, panowie potrafią dołożyć do pieca, wykrzyczeć treści, które mogą tego wymagać i mam tu na myśli np. hałaśliwy „The One” stanowiący płynne rozwinięcie nastrojowego „As One” (może budzić skojarzenia wobec THE GATHERING) z obfitym wykorzystaniem instrumentów smyczkowych. To oczywiście nie jedyny mocniejszy moment na płycie – tych jest oczywiście więcej, ale nie są one aż tak uwydatnione jak w tym przypadku. Ciekawie prezentuje się również dość stonowany, ale bardzo przyjemny dla ucha „The Circle”, którego wstęp (po wejściu gitar), osobiście przywołuje na myśl ducha legendarnego RUSH. Przy tej okazji również można natknąć się na orientalne ornamentacje (zwłaszcza kreowane poprzez charakterystyczne formy wokalne). Te jeszcze mocniej zostały zaakcentowane przy okazji ostatniego kawałka, który został poprzedzony przez „kościelnie” brzmiący i do tego mocno atmosferyczny „The Sun” wykorzystujący na wstępie dzwony (wybrzmiewające również na koniec ww. „The Circle”). „Death” to nastrojowo smutne zwieńczenie płyty, utwór mogący budzić skojarzenia względem DEAD CAN DANCE. Krótka kompozycja płynnie wycisza emocje i w sposób delikatny przybliża słuchacza do nieuniknionego zakończenia. Myślę, że po wysłuchaniu całości, pewnie niejedna osoba popadnie w chwilową zadumę, a to może świadczyć o jednym – mianowicie o wyjątkowości wydawnictwa.
Jeżeli już muszę się do czegoś przyczepić, będzie to brzmienie. Jest ono zbyt zbite, niekiedy wręcz przytłaczające. Przygniata sowim masywem przez co brakuje przestrzeni. Najbardziej daje się to we znaki w drapieżniejszych momentach, gdzie występuje zagęszczenie instrumentów. Może taki był ogólny zamysł, zwłaszcza biorąc pod uwagę ciężką tematykę, jednak w moim odczuciu przydałoby się więcej lekkości, przewiewu niwelującego poczucie wzbierającej duszności. Ale tak jak wspomniałem, nie jest to jakiś wielki mankament uniemożliwiający czerpanie przyjemności z samej muzyki, bo ta ma naprawdę wiele do zaoferowania, a każdy kolejny odsłuch pozwala na okrywanie czegoś nowego.
Dlatego jeśli ktoś kocha nastrojowy progmetal przepełniony silnymi emocjami o wyrazistym zabarwieniu, a do tego nie stroni od dokonań autorstwa m.in. takich grup jak SOEN, LEPROUS, ANATHEMA, ten z całą pewnością rozsmakuje się w zawartości „T”. To płyta, która ujmuje i zapewnia moc wrażeń. Nie chcę powiedzieć, że to świetna rozrywka, bo ewidentnie czuć powagę sytuacji, ale poniekąd tak właśnie jest. Bezsprzecznie MOTHER OF MILLIONS nagrali świetny krążek, do którego z całą pewnością będę wracał i to nie ulega wątpliwości!
9/10
Marcin Magiera















































