1. Dominate 02:40
2. Where the Slime Live 05:27
3. Eyes to See, Ears to Hear 03:52
4. Melting 01:21
5. Nothing But Fear 04:32
6. Dawn of the Angry 04:39
7. This Means War 03:12
8. Caesar’s Palace 06:21
9. Dreaming 02:17
10. Inquisition (Burn with Me) 04:34
11. Hatework 05:48
Rok wydania: 1995
Wydawca: Earache Records
http://www.morbidangel.com/
W mnogiej ilości różności wydawniczych znajduje się mniejsza liczba
tych pozostających w pamięci na dłużej. Chodzi o płyty, do których
człowiek co pewien czas chętnie powraca. Co najdziwniejsze wiele z
takich „perełek” to albumy, które z początku wywołują mieszane odczucia i
nierzadko przysparzają grupie wielu nieprzychylnych opinii. Tak było w
przypadku „Sin/Pecado” Moonspell, „Host” Paradise Lost, „A Deeper Kind
Of Slumber” Tiamat. Podobnych przykładów można znaleźć dużo więcej, ale
nie to jest tematem tego tekstu. Faktem jest, że wiele z tzw.
eksperymentów, nieszablonowości, niekonwencjonalnego podejścia – dopiero
w przyszłości zostaje docenione.
Morbid Angel, żywa legenda amerykańskiego death metalu w swoim dorobku
ma właśnie taki krążek. „Domination” bo o nim mowa – zapewne nie jest aż
tak eksperymentalny jak „Host” Paradise Lost, ale podczas jego premiery
dało się słyszeć głosy niezadowolenia. Wiadomo, dogodzić każdemu się
nie da, ale wydawnictwem z 1995 roku zespół wywołał sporą burzę. W
przeciwieństwie do wcześniejszych „Covenant” czy „Blessed Are The Sick”
propagatorzy diabelskich idei ruszyli w innym kierunku. Nie były to może
aż tak drastyczne rewolucyjne metamorfozy, ale zmiany były wyczuwalne.
Co prawda otwierający „Dominate” nie odbiega zasadniczo od
wcześniejszych dokonań zespołu, ale daje się wyczuć odmienny klimat.
Fakt, to wciąż mroczne, chłodne i złowieszcze dźwięki, z tą jednak
różnicą, że potencjał piekielnych mocy został jeszcze bardziej
uwypuklony. Kompozycja od początku do końca nie zwalnia obrotów – to
czysta esencja Morbid Angel. Muzyka jest niczym okładka płyty –
przedstawiająca bliżej nieokreśloną krainę – raczej nie budzi
przyjaznych odczuć. Głęboki growl Vincenta dodatkowo podkreśla mroczno –
diabelski klimat, a opętańcze solówki Azagthoth’a – jak i w tamtym
czasie – również i dziś robią wrażenie. Po energicznym wyziewie
następuje płynne przejście do „Where The Slime Live”, którego forma dla
konserwatywnego (czyt. fanatycznego) wyznawcy musiała być nie lada
wyzwaniem. Morbid Angel pokazał, że obok szybkich motywów równie dobrze
czuje się w wolniejszych klimatach. Te jeszcze mocniej podkreślają
demoniczny wizerunek zespołu. Co prawda owe zwolnienia nierzadko
dobitnie zagęszcza „wyścigowy” Pete Sandoval, co w efekcie daje wyborny
rezultat. Ten, jak i kolejny „Eyes To See, Ears To Hear” dają do
zrozumienia, że Morbid Angel nie jest kolejnym tworem uparcie
trzymającym się death metalowej konwencji. Tu czuć coś więcej, chęć do
eksplorowania nowych obszarów, próbowania. Można powiedzieć, że
„Domination” zahaczał o progresję, co w tamtym czasie nie było jeszcze
tak zaakcentowane. Grupa świadomie proponuje nowe treści i nie boi się
wykorzystania nowatorskich dla siebie rozwiązań, czego przykładem może
być choćby wieńczący całość wręcz doomowy „Hatework” – z tego utworu
bije mrok, a słuchając go na słuchawkach człowiek może się poczuć
niepewnie.
Jak to miało miejsce w przeszłości, tak i tym razem nie zabrakło
niepokojących przerywników w postaci lekko orientalnego „Melting” oraz
bardziej melodyjnego, ale za to bardziej przygnębiającego „Dreaming”. To
idealnie oddziela kolejne kompozycje i wprowadza niepowtarzalną
atmosferę. Owe intra są niczym cisza przed burzą – w tym przypadku
kataklizmem, który niczym tornado pozostawia po sobie same zgliszcza i
ruiny. „Nothing But Fear” w połączeniu z melodyjnym, a zarazem
ekstremalnym „Dawn Of The Angry” sieją spustoszenie niczym śmiertelna
maszyna, która nie cofa się przed niczym. Żeby tego było mało, za moment
rozbrzmiewa „This Means War” i co jeszcze zostało przy życiu, w tym
momencie odchodzi w zapomnienie. Kompozycja atakuje szybkim tempem i
kaskadą perkusyjnych uderzeń, które w połączeniu z bluźnierstwami Davida
oraz gitarowymi cięciami Treya nie pozostawiają złudzeń – Morbid Angel
zasiada na tronie! Kolejne: dociążony „Caezar’s Palace” ze
schizofrenicznymi gitarami Treya oraz bardziej klasyczny „Inquisition
(Burn with Me)” doszczętnie cietrzewią co jeszcze zostało przy życiu.
Piekielny klimat wylewa się z głośników niczym maź, przed którą nie ma
ucieczki, a jej destruktywna moc wprowadza w narkotyczno – zniewalający
stan.
„Domination” to album z pewnością kultowy/przełomowy, tak jak i
„Symbolic” Death. Szkoda, że po wydaniu tak udanego materiału z zespołu
odszedł Vincent – on był/jest nieodzowną jego częścią. Tym samym kolejne
wydawnictwa, ponownie pchnęły twórców „Altars Of Madness” na inne tory.
Osobiście żałuję, że nie udało mi się uczestniczyć w koncertowym
wydarzeniu promującym „Domination” – była okazja! Teraz nadarza się
kolejna i to w towarzystwie Judas Priest (już nie pierwszy raz). Obie
legendy potrząsnęły Spodkiem kilka lat temu – teraz powinno być podobnie
tyle, że mocniej – Vincent, Halford… Tam trzeba być. Dla fana metalu –
absencja w tym wydarzeniu to grzech!
10/10
Karolina Kruszyk
















































