1. Dive 7:07
2. The Answer 5:28
3. Rubicon 5:27
4. Little Stone 4:42
5. Between The Lies 8:06
6. Like An Arrow 9:34
7. Time 4:25
Rok wydania: 2019
wydawca: Lynx Music
Profil FB
Po siedmiu latach przerwy, projekt MOONRISE powrócił z czwartym
studyjnym albumem „Travel Within”. Teksty do większości utworów napisał
Łukasz Gall, znany już ze współpracy z Kamilem Konieczniakiem, choćby na
płycie „Soul’s Inner Pendulum” (2009). Płyta miała pierwotnie zawierać
siedem utworów – ostatecznie zdecydowano się na osiem. Pierwsze dźwięki
„Dive” – otwierającego płytę, nieco mnie zaniepokoiły, bowiem zaskoczyła
brzmieniowa ciężkość i monotonia. Jednakże następne utwory z
klimatycznie płynącym „The Answer” czy nastrojowym „Rubicon” (ten
ostatni trochę wokalnie przypominał Marcina Jajkiewicza, przepraszam za
skojarzenia) na szczęście rozwiały moje wszelkie obawy o kierunek i
całość. W „Like An Arrow” nastrój utworu przepięknie został
zaakcentowany poprzez aranżację saksofonu Dariusza Rybki, który jak
zawsze niemal zaczarował brzmieniem. Bardziej agresywny „Between The
Lies” ujął natomiast dynamiką i fajną przestrzenią, i właśnie owa istota
przestrzeni oraz uzupełniająca ją charakterystyczna melodyjność,
stanowią ogromną siłę tego albumu. To zresztą już wieloletnia tradycja i
norma, że kompozycje Moonrise budują zwartą i zróżnicowaną konstrukcję
brzmieniową, zawierając w sobie dużo nienachalnej nastrojowości, ale
także są bardzo zgrabnie zaaranżowane. Słowo o nowym wokaliście,
Marcinie Staszku. Prawdę mówiąc nie znam gościa, ale nieźle wkomponował
się w projekt Kamila i jego niełatwe interpretacyjnie utwory. Cały
materiał udźwignął bardzo dobrze. I tutaj pozwolę sobie na chwilę
refleksji. Na przestrzeni lat istnienia zespołu jednym z najmocniejszych
jego punktów było zawsze i jest zawsze – podkreślam to wyraźnie! –
zapraszanie do współpracy wokalistów dysponujących nietuzinkową barwą
głosu. Kamil ma dar zapraszania do swoich projektów, muzyków obdarzonych
takimi właśnie atrybutami. Lubi eksperymentować z dźwiękiem, poszukując
nowych rozwiązań, a wszyscy wokaliści, którzy dotąd gościli w grupie,
wykreowali właśnie to osobliwe, niepowtarzalne jej brzmienie. No i
wreszcie zamykający płytę utwór „Calling Your Number”, planowany
początkowo na kolejną płytę Moonrise, a zaśpiewany przez Łukasza – to
majstersztyk z gatunku „najlepsze zakończenie płyty”, które w przypadku
Moonrise – chciałbym to wyraźnie zaakcentować i podkreślić – jest
zawsze absolutnie normą od pierwszej do ostatniej wydanej płyty. Moim
prywatnym zdaniem, to jeden z najlepszych utworów na płycie (o ile nie
najlepszy)! I całe szczęście, że właśnie na niego zdecydowano się w
ostatniej chwili do zamknięcia całości. Łukasz swoją obecnością przy
nagrywaniu materiału, doskonale też przypomniał fanom, że muzyczna
przygoda z Kamilem na wspomnianej płycie Soul’s… (mimo że udział był
gościnny) nie była przypadkiem i tym samym odświeżył w pamięci
sympatyków grupy jeden z najlepszych momentów w historii projektu
Moonrise. A o czym ten krążek stanowi? W największym skrócie to zbiór
opowieści, które nie mają jakiejś myśli przewodniej. To przemyślenia na
temat samotności, walki z przeciwnościami losu, miłości, zagubieniu
jednostki, prób odnalezienia siebie w pędzącej z prędkością światła
otaczającej rzeczywistości, podejmowaniu niewłaściwych decyzji… Płyta
stawiająca Słuchaczowi ważne pytania natury egzystencjonalnej i
intrygująca do zastanowienia się nad kwestiami społecznymi „tu i teraz”.
Podsumowując wypada stwierdzić, że całość jest ciekawa. Dobrze też
wpisuje się w wypracowany przez lata klimat Moonrise, zawierając ciekawe
aranżacje i emocje. Tak, ta płyta jest zdecydowanie bardzo emocjonalna.
Znajdziemy też – wspomniane wcześniej – pięknie zbudowane przestrzenie.
Chociaż moim zdaniem, nie da się uciec od porównań do poprzedniej płyty
„Stopover Life”, gdyż jest ona miejscami do niej podobna. Dla tych,
którzy szukają w projekcie mocniejszych brzmień, tego na albumie nie
znajdą. Natomiast zagwarantowane mamy ciekawie uzupełniające się melodie
z osobliwie brzmiącym głosem Marcina. Gdybym miał do czegoś się
przyczepić, to zdecydowanie brakuje mi więcej utworów (zaledwie 8 na
płycie). Na poprzednich płytach można również było usłyszeć znacznie
więcej zróżnicowanych melodii. Tutaj małymi chwilami miałem wrażenie
jednostajności, jednakże nie chcę w żaden sposób skrzywdzić
któregokolwiek z muzyków, bo płyta jest piękna i z pewnością Odbiorcy to
docenią. Mimo to pozostaje mały niedosyt 😉 Niedosyt pozostawiają
również mocno ograniczone aranżacje saksofonu Dariusza Rybki. Jego
obecność na płycie jest w porównaniu z poprzednimi produkcjami wręcz
śladowa, a przecież intro w niektórych utworach czy rozbudowane partie
saksofonu to dotąd jedno z najbardziej charakterystycznych i
rozpoznawalnych brzmień grupy. Czego nie można tej płycie zarzucić? Na
pewno tego, że jest nijaka czy bez klimatu. Moonrise wyrobił sobie przez
lata markę najwyższej muzycznej jakości. Czy nowy wokalista zagości w
Moonrise na dłużej, czy będzie jednorazowym bohaterem, jednej płyty –
zweryfikuje czas. Można mieć nadzieję, że jego przygoda z projektem
Kamila będzie trwać mimo wszystko dłużej oraz zaowocuje możliwością
zobaczenia zespołu na koncertach. Płyta na pewno u mnie obowiązkowa.
9,5/10
Waldemar Nawrot

















































