MOONRISE – 2008 – The lights of a distant bay

1. The Island
2. Help me I can’t help myself
3. In the labyrinth of dream
4. Where is my home
5. Antidotum (soothing song)
6. Full moon
7. Memories
8. The lights of a distant bay

Rok Wydania: 2008
Wydawca: Lynx Music




Zawsze niepokoi mnie termin „projekt”. Zwłaszcza jeśli chodzi o projekt jednoosobowy. W zasadzie moja obawa dotyczy głównie perkusji. Niewielki odsetek jednoosobowych projektów korzysta z żywych bębnów, a automat perkusyjny niestety potrafi zepsuć cały efekt.
Zanim jeszcze album Moonrise wpadł w moje ręce dwie rzeczy wzbudzały we mnie skrajne odczucia. Po pierwsze świadomość, ze prawdopodobnie będzie to album bez perkusisty, po drugie – niesamowite wrażenie zrobiła na mnie okładka albumu. Okładka, która stylistycznie przywodzi na myśl grafiki Mattiasa Norena… i co tu ukrywać jest kapitalna.
Kolejna rzecz która zaintrygowała mnie zanim otrzymałem album, to gościnny występ Łukasza Galla – wokalisty Millenium. To kolejny powód do wiązania z albumem Moonrise pewnych nadziei.

Płytę odfoliowałem już w drzwiach mieszkania. Po drodze do pokoju (czyli kilka metrów) zdołałem już doczytać, że perkusja jest elektroniczna, a wokalizy występują w 4 utworach.
Projekt Kamila Konieczniaka zapowiadał się w znacznej części jako twór instrumentalny.
Z pewnymi nadziejami, ale też nie bez obaw włożyłem płytę do odtwarzacza. Już pierwszy utwór „The Island” pozwala wyrobić sobie zdanie co do umiejętności instrumentalisty i co do zmysłu kompozytorskiego. Pierwszy kawałek instrumentalny jest bardzo ciekawym mariażem pianin i akustycznej przestrzeni.
W drugim utworze – 10 minutowym „Help me I can’t help myself” po raz pierwszy pojawiają się wokalizy… ale co zaskakujące dopiero w połowie kawałka. Wokal wprowadza dodatkowy pierwiastek w muzyce Moonrise – należy też przyznać, ze barwa głosu Łukasza idealnie wpasowała się w przeważającej częsci akustyczne brzmienie projektu.
Utwór trzeci wprowadza nieco więcej brzmień elektrycznych i elementów progresywnego rocka. Zarówno gitary jak i klawisze swobodnie konkurować mogłyby z kompozycjami Areny czy Pendragon…wrażenie to pogłębia wokal Łukasza, który kojarzy mi się zawsze z barwą głosu Paula Wrightsona.
„In the labyrinth of dream” jest moim faworytem na tym albumie. Zmiany tempa i nastroju, kapitalne melodie i solówki w zestawieniu z niebanalną rytmiką pozostawiają po sobie naprawdę dobre wrażenie.
„Where is my home” jest chyba najlepszym instrumentalem na całym albumie, zainteresowanie progrockiem wydaje się tu równać z chęcią tworzenia klimatu kosmicznej przestrzeni… Polecam ten utwór jako stylistycznego reprezentanta całego albumu.
„Antidotum” jest kolejnym świetnym utworem utrzymanym w konwencji prog rocka z charakterystycznymi dla lat 70 tych klawiszami. Same wokale są tu wprawdzie nieco popowe… ale też pojawiają się najcięższe na albumie – metalowe riffy (że o zwariowanej solówce nie wspomnę). Jeśli chodzi o linie melodyczne to z czterech kawałków z wokalami ten wypada najbardziej blado. Gitarowo natomiast jest to jeden z bardziej wartych uwagi utworów.
Po „Full moon”, można było się spodziewać klimatycznych klawiszy… Jest to raczej przerywnik niż utwór i w sumie zdziwiłem się dlaczego nie został częścią innego kawałka, tylko egzystuje pod osobnym tytułem.
„Memories” to kolejny instrumental z tym że zbudowany głównie na dźwiękach pianina. I w tym miejscu zastanowić się można nad doborem kolejności utworów. Dwa spokojne instrumentale pod rząd mimo, że ten drugi oparty jest na świetnym motywie – mogą nieco wybić słuchacza z rytmu.
Na szczęście na sam koniec pozostawiono nam wisienkę na tort. Tytułowy „The lights of the distant bay” można z kolei nazwać utworem który dysponuje najlepszymi wokalnymi liniami melodycznymi na całym albumie – szczególnie jeśli chodzi o zwrotki. Utwór ten opatrzony jest również jednymi z najlepszych na płycie solówek. Palce lizać!

Atutem Moonrise niewątpliwie jest przestrzeń i umiejętność pogodzenia gitar akustycznych z typowo progresywnymi płaczącymi solówkami i wplataniem delikatnych flażoletów. Świetnym elementem są również pianina wspierane przez kosmiczne FXy, przywodzące na myśl Vangelisa. W zasadzie w pewnym momencie zastanowiłem się nawet, czy Kamila Konieczniaka można nazwać klawiszowcem, czy raczej powinno się go określać jako pianistę. Trzeba też pochylić czoło nad jego opanowaniem gryfu. Jednym z jaśniejszych elementów płyty są genialnie malowane solówki – ukłon w stronę fanów Marillion czy Camel.
Niestety elementem, który kładzie cień na albumie jest wspomniany automat perkusyjny. Tu z kolei trzeba przyznać, że jak na automat – brzmienie jest wręcz zabójcze. Słyszałem w życiu może ze dwa albumy, w których był mniej rozpoznawalny automat… niestety mały niesmak co do samego faktu pozostaje… Trzeba jednak zaznaczyć, ze w przestrzennych motywach perkusja w ogóle się nie pojawia… więc sam autor miał świadomość ograniczeń brzmienia perkusji elektronicznej (aczkolwiek w tym momencie od kompletu odejmuję punkcik).
Kolejna rzecz do której się trochę przyczepie jest warunkowana od podejścia a nawet gustu słuchacza. Jeśli ktoś gustuje w albumach instrumentalnych, może opuścić ten akapit.
Każdy utwór z osobna jest bardzo ciekawy i przyjemny w odbiorze. Aby jednak album połknąć w całości trzeba mieć nastrój i odpowiednie nastawienie. Idea w połowie instrumentalnego albumu potrafi nieco znużyć słuchacza, tym bardziej jeśli ma w pamięci 4 kapitalne utwory z wokalizami. Umieszczenie jako pierwszego na płycie utworu instrumentalnego i to do tego jednego z bardziej klimatycznych a mniej dynamicznych też nie wydaje się dobrym rozwiązaniem. Na szczęście na sam koniec pozostawiono rewelacyjny kawałek tytułowy, jeśli nawet niezbyt dynamiczny, to z jedną z najprzyjemniejszych melodii na albumie. Tak czy inaczej – odejmuję kolejną ćwiartkę punktu.
Muszę zwrócić z kolei uwagę na rzecz niezbyt powszechnie stosowaną obecnie – otóż, autor nie obawia się brzmień czysto akustycznych. Pojawia się tu wiele pianin i gitar akustycznych i to zarówno w roli instrumentu rytmicznego jak i solowego! Do tego brzmienia te świetnie koegzystują z dźwiękami elektrycznymi.

Tego albumu posłuchajcie koniecznie, choćby z ciekawości. Jeśli chodzi o projekty, jest to jeden z fajniejszych albumów z jakimi miałem styczność…

8,75/10

Piotr „Piospy” Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *