1. Białe łóżko
2. Robert naszym mistrzem
3. Najlepsza piosenka na płycie
4. Prawdziwi młodzi rebelianci
5. Do końca wszystkiego
6. Zorientowani na sukces
7. Koni
8. Akcja ratowania ślimaków
9. Szofeo
10. Miss świata piękności
11. Robert naszym mistrzem
Rok wydania: 2011
Wydawca: Mystic
http://www.myspace.com/mjutband
We wrześniu roku 2004 w Działdowie powstała grupa mjut. Początki
zespołu nie były łatwe, ale wiara i nieustępliwość doprowadziła
chłopaków do tego, iż w końcu możemy usłyszeć ich debiutancką płytę.
Ukazała się ona 28 lutego nakładem Mystic Production. No i cóż… Panowie
mieli siedem lat na stworzenie tego materiału, więc teoretycznie
powinien być to naprawdę dobry album.
Skoro już nazwa zespołu jest niecodzienna, to i tytuł ich debiutu też
być taki powinien – i jest. „Akcja Ratowania Ślimaków”. Te trzy słowa
szybko rzuciły mi się w oczy i wiedziałem, że kiedy tylko album się
ukaże, będę się z nim musiał zapoznać.
Zespół gra bardzo łagodną i delikatną muzykę. Możemy tu dostrzec
brzmienia post rockowe, ale również elektroniczno – psychodeliczne. Sam
Patryk Kienast – wokalista mjut – przyznaje się do inspiracji formacją
Radiohead.
„Akcja Ratowania Ślimaków” to jedenaście utworów trwających łącznie
nieco ponad czterdzieści dwie minuty. Muzyka smutna i bardzo
melancholijna, a także zagadkowa i eksperymentalna. Warto wysłuchać tego
albumu przynajmniej kilka razy i wsłuchać się w bogactwo dźwięków
będących tłem dla poszczególnych kompozycji, gdyż można odnaleźć w nich
ciekawe i intrygujące motywy. Osobiście znalazłem w dwóch kawałkach dwa
dźwięki, które już dawniej gdzieś słyszałem. Pierwszy trwa dosłownie
sekundkę. Kojarzy mi się z kawałkiem „Port Rubicon” Stevena Wilsona.
Drugi przewija się przez elektroniczny „Szofeo”. Słyszałem to już nie
raz podczas grania w „Medievila”. W owej grze sterujemy postacią, której
życie bardzo szybko się wyczerpuje jednak w każdej planszy znajdujemy
zielone źródełko dodające nam energii. Źródełko wydaje identyczny
dźwięk, jak ten z utworu „Szofeo”. Wątpię, aby sami panowie z zespołu
mięli o tym pojęcie i zrobili to celowo – to moje czyste skojarzenia.
Świadczą one jednak o tym, że na płycie znajdziemy mnóstwo ciekawych
wstawek instrumentalnych. Musimy ich tylko dobrze poszukać, czyli po
prostu skupić się, i dobrze poznać ten album.
Bardzo dobrze wypadają na „ARŚ” zabiegi mające za zadanie stworzyć nam
psychodeliczny nastrój. Typowe, lecz zawsze sprawdzające się puszczanie
motywu od końca brzmi kapitalnie, choćby w kompozycji tytułowej. We
wspomnianym wcześniej „Szofeo” usłyszymy natomiast, bardzo rozbudowaną
elektroniczną wstawkę, w której głos wokalisty zostanie niezwykle
„przemeblowany”.
Czym w ogóle jest „Akcja Ratowania Ślimaków”? Takie pytanie nasuwało
mi się od pierwszego odsłuchania tej płyty. Na początku nie wiedziałem,
ale wraz z czasem wyrobiłem sobie własną opinię. Teksty na debiutanckim
krążku mjut są dość dziwne, i czasem potrzeba czasu, aby się przez nie
przebić. Dla mnie tytułowymi „ślimakami” będą tutaj ludzie, którzy
zostają w pewien sposób „spowolnieni” i ograniczeni przez los, czy też
przytłaczający ich, gnający do przodu świat. Ludzie, którzy mają własne
obawy i lęki: „Nie szukam, bo boję się, że nie znajdę/Nie biegnę, bo
boję się, że nie zdążę…/Boję się tak, że aż strach, tak, że aż lęk…”
Mamy tutaj wiele intrygujących rozwiązań lirycznych, na pewno trudnych
do rozszyfrowania. W „Najlepszej Piosence Na Płycie” Patryk przeprasza,
że zgubił książkę… No i myśl człowieku, jak to rozumiesz?
Wokal w muzyce mjut jest lekki i manieryczny, co sprawia, że nie
każdemu przypadnie on do gustu. Niewątpliwie Patryk nie jest wokalnym
geniuszem potrafiącym zrobić ze swoim głosem, co tylko zechce. Jest za
to wokalistą, którego głos bardzo dobrze pasuje do mjutowych
instrumentów – osobiście, słucha mi się go bardzo dobrze.
Longplay ten posiada dużą liczbę motywów, które po prostu muszą
chodzić człowiekowi po głowie przez wiele godzin („A ten prezent nazwać
można substytutem dla substytuta/Duże oczy, mały nos i akcja ratowania
ślimaków… Jestem już Twój…”).Większość tekstów znam już na pamięć (swoją
drogą nie są zbyt długie) i każdego dnia przypominają mi się znienacka.
Przyznam, że bardzo lubię sobie śpiewać pod nosem „Koni”, utwór
tytułowy, czy „Do końca wszystkiego” z bardzo ładnym, choć prostym
tekstem. Tak naprawdę każdy numer z wokalem przeleciałem już wzdłuż i
wszerz. No i właśnie. Szkoda trochę, że wokalu jest na „Akcji…” tak
mało. Dwie części utworu „Robert Jest Naszym Mistrzem” trwają łącznie
około dwunastu minut, i uważam, że to ciut za dużo, jak na tego typu
instrumentalki.
„Kolejny worek piór ze skrzydeł anioła. Niedługo anioł mój unieść się
nie zdoła”. To ostatnie słowa jakie padają na tym albumie. Panowie mięli
siedem lat na stworzenie bardzo dobrego debiutu i… zrobili to. „Akcja
Ratowania Ślimaków” to rzecz, która wymaga od słuchacza poświęcenia
pewnej ilości czasu i niezbędnej do dokładnego poznania albumu chęci. Na
pewno pod koniec roku pisząc muzyczne podsumowanie 2011, nie zapomnę o
tym wydawnictwie.
8/10
Bartosz Trędewicz















































