MISTHERIA – 2010 – Dragon Fire

01. Dragon Fire
02. Lies & Deception
03. Killing The Pain
04. Two Of Us
05. Metal Opera pt.1: A.D.1982
06. Metal Opera pt.2: Eye Of The Storm
07. Now It’s Never
08. Fire & Flames
09. Prelude 18 In F min
10. Chopin Fantasy
11. The Power Of One
12. The Beast
13. A Beautiful Dream

Rok wydania: 2010
Wydawca: Lion Music
http://www.myspace.com/mistheria


Przyznam się do czegoś. Miewam uprzedzenia do pewnych albumów. A jeśli nie uprzedzenia to obawy. O ile w wyniku wdrożenia się jakiś czas temu w gatunek i osłuchania sporej ilości płyt instrumentalnych jestem w stanie przyswoić kolejne płyty wirtuozów gitarowych, tak z pewnymi obawami reaguję na doniesienia o płytach, których postacią pierwszoplanową jest klawiszowiec, a do tego wirtuoz.
Oczywiście i w tym gatunku zdarzyło mi się trafić na genialną płytę (Revenge – Vitalija Kuprija), ale sam się zganiłem za to że obawiałem się nowego wydawnictwa sygnowaną ksywką MISTHERIA.

Dla słuchacza, który na co dzień nie obcuje z płytami instrumentalnymi najistotniejsza będzie obsada na pozycjach wokalistów. Na płycie Dragonfire wystąpili: John West, Rob Rock, Mark Boals, Lance King i Titta Tani. A fuszery nie odstawili.

Imponuje też lista gitarzystów, ale jeszcze bardziej to, że udało się okiełznać taką ilość wirtuozów i stworzyć spójny materiał. Nawet basista Alberto Rigoni znany jest z tego, że pogrywa solo.
Sam MISTHERIA pozwala sobie na klasyczne wariacje, a przyznać trzeba ponownie, że jego podejście do Chopina powinno spodobać się zwolennikom rockowej estetyki.
Album jako całość spokojnie można polecić zwolennikom projektów typu rockopery z elementami hard rockowymi czy progresywnymi. Dragon Fire to entuzjazm i przepych dobrych melodii (również za sprawą wokaliz), a wszystko to podszyte stonowaną neoklasyczną wirtuozerią.

Muszę jednak przyczepić się do elementu, który co rusz drażni podczas obcowania z tym albumem. To zapewne kwestia miksu, ale zachodzę w głowę, jak można było do tego dopuścić. Wręcz nieprawdopodobne wydaje się, że na płycie za perkusją zasiadł John Macaluso, skoro stopa brzmi, jak z automatu – dramat… Psuje to efekt i rzuca cień na niemal całą płytę.
Za to odejmuję aż 2 punkty! Album jako całość jest naprawdę bardzo dobry… gdyby nie ten niebagatelny mankament byłby rewelacyjny.
Mam jeszcze jedną uwagę – ballada nie powinna znajdować się na końcu tracklisty. Sam kawałek nie jest zły, ale kiedy po nim płyta się kończy… mam mieszane odczucia. Dobry akcent – nie ma w niej perkusji, więc przynajmniej ten element nie drażni.

9-2=7/10

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *