MILLENIUM – 2002 – Reincarnations

01. Hundreds of falling rivers
02. Reincarnations part 1 (instrumental)
03. Gold is in your mind
04. Light your cigar
05. Higher than me
06. The king of broken glass
07. Reincarnations part 2 (instrumental)
08. He’s hearing me
09. The casino of love

Rok wydania: 2002
Wydawca: Lynx Music


Od lat wiedziałem, ze jest taki zespół jak Millenium. Zawsze kiedy szukałem po sklepach hard rockowego zespołu Ralpha Santolli, trafiałem na zespół z Polski. Ale jakoś nie dane mi było wówczas poznać jego twórczości. Już parę ładnych lat wcześniej zainteresowanie heavy metalem ustąpiło fascynacji progressivem … po kilku następnych latach zacząłem gustować w prog rocku… czyżbym się starzał? Zanim jednak dotarłem do polskiego Millenium minęło kolejnych parę lat. A że ostatnimi czasy mam takie zboczenie, że kiedy jakaś płyta mi się spodoba – piszę jej recenzje, nie inaczej było z albumami Millenium, które wpadły w moje ręce. Jak z powyższego fragmentu mojej autobiorgrafii wynika nie mogę tytułować siebie jako znawcę Millenium. Ale już kilka płyt zespołu przewinęło się przez mój odtwarzacz… kilka zagościło na stałe na mojej półce. Nie słucham tych albumów chronologicznie. Raczej na chybił trafił… ale zostaję przy jednym albumie na dłużej.

Kiedy „odpaliłem” krążek „Reincarnations” szczęka mi opadła… z zachwytu. Powiem nawet że już podczas pierwszego przesłuchania po głowie kołatały mi się fragmenty recenzji, którą napiszę i ocenię na maksymalną ilość punktów. Okazuje się, że „Reincarnations” jest najbardziej klimatycznym i przestrzennym albumem grupy (z którymi dotychczas się zetknąłem). Dużo tu gitar akustycznych, podkładanych nawet pod elektryczne riffy. Jeśli chodzi o klawisze również na pierwszym planie wydają się być czyste pianina, mimo, że zarówno hammondów jak i bardziej elektronicznych brzmień nie brakuje. Album jest również stylistycznie niezbyt zróżnicowany, ale co za tym idzie bardzo spójny i łatwy w odbiorze.
Jeśli miałbym porównywać ten klimat, to pierwsza myśl to „Holidays in Eden” Marillionu. Podobna przestrzeń, delikatne gitary, ciepły bas… i bardzo przyjemne wokalizy. Bardzo ciekawie prezentują się również utwory instrumentalne. „Hundred of falling rivers”, „He’s hearing me” i „Higher than me” to mimo wyrównanej stawki moi faworyci.
Mój euforyczny nastrój zburzył się jednak przy ostatnim utworze. „Casino of love” trochę wybiło mnie z rytmu. Już na dzień dobry przeszkadzajki, sprawiające wrażenie odbijających się bil, zbyt mocno traktują słuchacza po uszach. Więcej tu popowej elektroniki, bas i smaczki przypominają bardziej grupę Kombi niż zespół art rockowy, za to linie melodyczne kojarzą się z The Police. Refren być może śpiewany z większą pasją, jednak w stosunku do poprzednich utworów nieco zbyt głośno i zbyt wysoko… Z drugiej strony nie mogę powiedzieć że ten utwór jest zły… jest po prostu o niebo gorszy od rewelacyjnych pozostałych kawałków na płycie. A do tego wydaje się jakby wyrwany z kontekstu… Pewnie się z nim jeszcze osłucham, bo tak czy inaczej wygląda, że „Reincarnations” bardzo długo będzie gościł w moim odtwarzaczu. Już zapowiadało się na komplet, jednak za ostatni utwór odejmuję punkt.

9/10

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *