MEMORIAS DE UN DESPERTAR – 2021 – Ira & Sacrificio

MEMORIAS DE UN DESPERTAR

1.Sinopsis
2.Leyden
3.Lothair
4.La Muerte De Lothair
5.Más Grandes Que Dios
6.Siete Años De Terror
7.El Despertar De Leyden
8.El Peregrino
9.Ira & Sacrificio
10.La Muerte De Leyden
11.La Sombra Del Miedo
12.El Enfrentamiento Final
13.Epílogio

Rok Wydania: 2021
Wydawca: Marcel Verand
https://memoriasdeundespertar.com


Mój muzyczny szlak zaprowadził mnie ponownie do Ameryki Łacińskiej. Jakiś czas temu opowiadałem o bardzo dobrym albumie brazylijskiej grupy Medjay zatytułowanym „Sandstorm”. Ale Ameryka Południowa to oczywiście nie tylko Brazylia, dlatego postanowiłem sprawdzić, jak metal ma się w innych krajach tego kontynentu. Na przykład w Peru. Kraj ten jednoznacznie kojarzy się z Inkami, miastem Machu Picchu czy laureatem literackiej nagrody Nobla z 2010 roku, Mario Vargasem Llosą. W przypadku Peru warto jednak zagłębić się nie tylko w literaturę, ale także i w różnorodną, bardzo ciekawą muzykę. Ja postanowiłem pójść szlakiem cięższego brzmienia. Przewodnikiem po tymże szlaku będzie dla mnie inny peruwiański pisarz, Marcel Verand, oraz gitarzysta, a także producent, Julio „Julián” Castro. Panowie ci postanowili połączyć swe siły i stworzyć cos na wzór „metal opery” inspirowanej jedną z nowel Marcela. Tak oto powstał projekt sygnowany nazwą Memorias de un despertar („Wspomnienia przebudzenia”). Wzięło w nim udział ponad dwudziestu innych muzyków, ilustratorów i wokalistów. Dzięki temu powstała książka oraz, co najważniejsze, muzyczna opowieść o pięciu braciach, zatytułowana „Ira Y Sacrificio” („Gniew i poświęcenie”).

Nazwiska. Na albumie usłyszymy międzynarodową załogę wokalistów: Wenezuelczyków – Deibysa Artigasa i José “Chego” Cabricesa, Chilijczyków – Felipe del Valle, Nicolása Cida, Włocha –  Alessandro Granato, Francuza – Hangsvarta, Portugalczyka – Alexa VanTrue i Argentyńczyka – Javiera Gómeza. Za kobiece chórki odpowiada pochodząca z Gwatemali Andrea Aguilar. Na gitarach zaś grają panowie Jesús Parra z Peru, Chilijczyk Lukky Sparxx oraz Kalebbe Oggioni z Brazylli. Za instrumenty klawiszowe oraz inne orkiestracje odpowiedzialni są Kanadyjczyk Enzo De Rosa oraz Argentyńczyk Luppo Gesualdo. Ci właśnie muzycy nagrali album, którego treść była tworzona przez ponad dwadzieścia lat. Teksty napisano w języku hiszpańskim, a na koniec bieżącego roku zaplanowano wydanie krążka także w wersji anglojęzycznej (już teraz w sieci dostępnych jest kilka utworów śpiewanych w tzw. „wspólnej mowie”). Czy będzie to dobry zabieg? Pozostawiam do oceny. Jedno jest pewne – dzięki temu będzie można w pełni zrozumieć historię Kilkennych, Leyden czy Lothaira. Tymczasem teraz nie pozostaje już nic innego, jak posłuchać albumu w oryginalnej wersji językowej.

Przenosimy się w fantastyczny świat, gdzie Zło próbuje chytrze omamić Pięciu i zabrać ich od swego mistrza. Pierwszy utwór, „Sinopsis”, stanowi wstęp do całej opowieści. Jest to recytacja, której przyjemnie się słucha, nawet jeśli się nie zna języka. Może przywodzić na myśl te wszystkie południowoamerykańskie tasiemce, wyświetlane swego czasu w telewizji. Tutaj jednak mamy do czynienia ze znacznie poważniejszym tematem. Wszystko osadzone w ciekawej aranżacji muzycznej: gdzieś w tle przygrywa gitara akustyczna, irlandzkie dudy, flety oraz przepiękne żeńskie chórki. Z czasem orkiestracje robią coraz bardziej pompatyczne, ale i w sposób wyważony akcentują opowieść.

Po tym wprowadzeniu następuje część właściwa. „Leyden” to czystej krwi metal. Zaczynamy od fajnej zagrywki na gitarze, by następnie wejść już z całą mocą ciężkiego grania. Świetnie brzmią tutaj wokaliści, którzy śpiewają wspólnie i naprzemiennie. Idąc za ich przykładem również i gitarzyści wymieniają się swoimi riffami. Nie ma tutaj podziału na gitarę prowadzącą i rytmiczną. Każdy wymienia się ze swoim partnerem, co powoduje, że słucha się tych „rozmów” wyśmienicie. W zupełności nie przeszkadza także (jak w moim przypadku) nieznajomość języka Andów, a ma to wręcz swoje zalety, ponieważ można się skupić na melodii, której w tym numerze nie brakuje. I samemu mimochodem zaczyna się ją nucić. Klimatem bardzo przypomina mi to trochę pracę Iron Maiden (podobne schematy), ale jakże radośnie zagrane i chwytające od pierwszych sekund. Doskonałe otwarcie albumu, a potem będzie jeszcze lepiej.

„Lothair” odpala bardzo dobrą gitarową zagrywkę, trochę w stylu rocka z lat 80. XX wieku. Rytm gitary gdzieś z okolic „Barracudy” grupy Heart, osadzony w świetnej melodii wokalisty. Warto wsłuchać się także w doskonałą pracę sekcji rytmicznej. Zwłaszcza w przypadku perkusji, która nie ładuje bez sensu, tylko uderza tak jak trzeba. Znalazło się również miejsce i na efektowną solówkę na gitarze. Swoje trzy grosze do całej kompozycji dorzuca także Andrea, która fajnie tam dośpiewuje swoje frazy.

„La muerte de Lothair” troszkę z początku zwalnia tempo całości za sprawą pianinka, ale tylko po to, by mocny, chropowaty wokal mógł zabrzmieć całą swą mocą. Znów bardzo dobra kompozycja, przede wszystkim za sprawą doskonałych rytmów, niesamowitych zmian tempa i różnych perkusyjnych ładunków. Mamy także pełne emocji śpiewanie okraszone grą na klawiszach. Gdzieś troszkę mi się to kojarzy – oczywiście jak najbardziej pozytywnie – z francuskim musicalem „Dzwonnik z Notre Dame”. Muszę przyznać, ze wokaliści spisują się tutaj wręcz brawurowo.

Kolejną kompozycją jest „Más grandes que Dios”. Zaczynamy od gitary klasycznej przywodzącej na myśl zaczarowanego minstrela, Ritchiego Blackmore’a i magiczny klimat zaułków barcelońskiego Barri Gòtic. Później, niczym za sprawą Rainbow, przesiadamy się na już stricte rockowe instrumenty. Znów dajemy się ponieść tej bardzo dobrej technicznej grze na gitarze. Ależ tam jest niesamowita chemia pomiędzy wokalistami! Jak świetnie się oni rozumieją! Słychać tu również doskonałą produkcję płyty, bowiem te twarde hiszpańskie akcenty wręcz wchodzą w skórę powodując miłą gęsią skórkę. Ciekawie też się dzieje w pracy gitar, gdzie palce zwinnie przeskakują po gryfach, sprawiając, że instrumenty „rozmawiają” ze sobą.

Jako że jest to między innymi (a może przede wszystkim) opowieść o Złu, to pora oddać mu kilka minut. „Siete años de terror” jest jedną z najmroczniejszych kompozycji na tym albumie. Dość przytłumiona gitara, groźne efekty i te dziwne melorecytacje niczym pełne czerni zaklęcia. Co jakiś czas odzywają się różnego rodzaju przeszywające krzyki, a to wszystko spowite jest niespokojną gitarą i perkusją. Czy tak brzmi Język Czerni? Szorstki, niemal plugawy, gardłowy, ale nie growlowy. Mamy tutaj znów zmianę rytmów, robi się maidenowo, jest tu także coś z Dio – „We rock” chciałoby się krzyknąć w pewnym momencie.

Przechodzimy dalej. Przed nami druga część albumu, którą otwiera „El despertar de Leyden”. Z początku robi się niemal gilmourowsko: ta gitara przywodzi mi na myśl przepiękne otwarcie ostatniego albumu Mistrza. Za sprawą wokalistów, gitary i klawiszy wyczarowuje się niesamowicie malowniczy pejzaż, który nabiera kolorów, gdy tylko grupa zmienia rytm. Coś pięknego. Dopełnieniem tego wszystkiego jest bardzo mądre śpiewanie na głosy – są tutaj chyba ze trzy lub nawet cztery wokalne płaszczyzny, które wzajemnie się przenikają, a wszystko zamyka złowrogi śmiech. Same wokalizy w środkowym fragmencie są niezwykle cudnej urody, ale warto też wsłuchać się w tło (bas i gitary), bo tam też się dzieje wyśmienicie. Tempo staje się wręcz power metalowe, by na koniec zgasnąć i romantycznie zakończyć całą kompozycję. Ależ mądrze to wszystko jest tutaj poukładane, tak wiele pomysłów w jednym utworze i – co najważniejsze – wszystko do siebie pasuje.

„El Peregrino” to najwyższej próby czysty power metal, w której stopa perkusji fajnie kręci gitarą. Mam jednak pewien problem z tą kompozycją, ponieważ refren przypomina mi bardzo mocno kompozycję Theriona, „Voyage of Gurdjieff” (z „Sirius B”). Wokaliści śpiewają tu „ciasno”, jakby trochę się obawiali, że nie zmieszczą się w króciutkim i połamanym takcie. Z czasem znów mamy zmianę klimatu: robi się nawet troszkę „eurowizyjnie”. Nie ukrywam, że dla mnie to najsłabszy kawałek na albumie. Może solówka jest i efekciarska, ale całość, która liczy osiem minut, jest niestety męcząca.

Numer tytułowy, „Ira & Sacrificio”, to krótki, ale i treściwy instrumental. Początkowe hammondowskie klawisze przez ułamek sekundy mogą przywołać wspomnienie o najlepszych czasach Deep Purple. Można rzec, że Peruwiańczycy garściami, ale i w twórczy sposób czerpią z rockowego i metalowego świata. Później jest jeszcze ciekawej, bo gitara wtóruje klawiszom i razem cudownie grają główny riff. Następnie ich drogi na chwilę się rozchodzą i wtedy każde ma swoje do powiedzenia. Za sprawą doskonałych popisów technicznych gitarzysty jest prawie progresywnie i z całą pewnością magicznie.

Ale oto przed nami jedna z najpiękniejszych kompozycji, jakie usłyszałem w tym roku. „La muerte de Leyden” otwiera czyste brzmienie gitary okraszone charyzmatycznym wokalem uzupełnionym przez fajne chórki. I w momencie kiedy się wydaje, że grupa zamierza uderzyć, robi się jeszcze przepiękniej za sprawa klawiszy i gitary akustycznej oraz niemal zdartego gardła wokalu. Dopiero teraz można wejść na rockową nutę, która jest mocno chwytliwa i rytmiczna. Numer z każdą sekundą robi się coraz bardziej intensywny, aż nagle zdajemy sobie sprawę, że wręcz skaczemy w rytm gitary i perkusji niczym na koncercie Iron Maiden. By było jeszcze ciekawiej, ów skończy riff szybko zostaje zamieniony na gitarę klasyczną. Coś wspaniałego, bo się okazuje, że można zagrać rockowy riff w romantyczny sposób.

Ostatnią śpiewaną kompozycją na liście jest „La sombra del Miedo”. Znów piękne dźwięki gitary akustycznej i te pełne emocji męskie wokale. Tu i ówdzie można usłyszeć jak fajnie panowie artykułują i ubarwiają swoje frazy. Pomiędzy kołyszącymi nutami słychać grzmoty burzy oraz spływające łzy deszczu. Piękne.

„El enfrentamiento final” to fajna rockowa gra, w której prym wiodą klawisze oraz gitary, które z czasem ustępują miejsca narratorowi z „Sinopsis”. Tutaj recytacja jest jednak przerywana, dzięki czemu możemy w pełni rozkoszować się rytmiczną pracą poszczególnych instrumentów. Podobnie jest zresztą z kompozycją „Epilogo”, w której dla odmiany mamy melancholijne, niezwykle przeszywające i powodujące ciarki na plecach klawisze. W połączeniu z głębokim i spokojnym głosem narratora otrzymujemy przepiękne pożegnanie z muzyką Memorias de un despertar.

Cóż napisać po tak doskonałych, rockowych, pięknych i przemyślanych dźwiękach? To moje kolejne spotkanie z mocną muzyką pochodząca z Ameryki Łacińskiej i przyznaję, że znów się nie zawiodłem. Ma ona wszystko to, co uwielbiam w rocku: doskonałe riffy, melodie, zmienność rytmu. Ma przede wszystkim uzdolnionych muzyków, którzy są świadomi swojej techniki i umiejętności oraz tego, co chcą przekazać za pośrednictwem swojej twórczości. Już teraz zacieram ręce na ich kolejny krążek, który powinien być blisko związany z historią i kulturą Peru… Tymczasem “Ira & Sacrificio” to poważny kandydat do płyty roku.

9/10

Mariusz Fabin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *