1. Unchanging
2. Wings of Dove
3. Burning Earth
4. Multitude
5. Stronghold
6. Guilty
7. A Letter From Home
8. Dry Bones
9. Lost Ones
10. Grace
11. Outro: End of the World
Rok wydania: 2007
Wydawca: Napalm Records
Finlandia z pewnością nie powinna narzekać na deficyt kapel,
propagujących cięższe brzmienia. Ich mnogość jest tak ogromna, że wręcz
trudna do zniesienia, głównie przez fakt, iż co rusz powstają nowe
zespoły, które w dużej większości, nie proponują niczego nowego, a
jedynie bazują na kopiowaniu ogranych, wypróbowanych już wcześniej
pomysłów. Na szczęście bywa też tak, że z tego ogromu kolejnych, niczym
nie różniących się od siebie kapel, powstaje coś godnego uwagi i tak
właśnie jest z formacją o nazwie Mehida, założoną w 2006 roku. Jej
szeregi zasilają osoby, które na pewno nie są nowicjuszami. Patrząc na
nazwy formacji, w których udzielali się poszczególni członkowie Mehida,
można zobaczyć takie nazwy jak: Candlemass, Therion, Sonata Arctica,
Random Eyes, czy Divinefire. To mówi samo za siebie.
„Blood & Water” to pierwszy i jak na razie jedyny, ale liczę, iż nie
ostatni album tej młodej kapeli. Ich muzyka określana jest jako
progressive melodic metal i jest w tym sporo prawdy. Warto dodać, że w
muzyce tej formacji przeplata się wiele naleciałości z różnych styli
muzycznych i przeróżnych motywów, co w rezultacie daje niezły efekt. Nie
jest to również muzyka banalna – jak to mówią „do kotleta”. Padają tu
dość poważne dźwięki. Już od pierwszego kawałka, uwagę przyciąga ciekawa
praca perkusji oraz wyśmienity wokal.
Album zaczyna się dość nietypowo i można się pokusić o stwierdzenie, iż
brzmi to jak poranny kawałek w jakiejś poniedziałkowej audycji radiowej z
dawnych lat. Tą idyllę, nagle przerywają rwane gitary wspomagane
punktową pracą solidnej sekcji rytmicznej, a klimatu dodają ciekawie
zaaranżowane klawisze. W świetnym „Unchanging”, bo o nim mowa występują
przemyślane podziały perkusyjne, które czasem sprawiają wrażenie jakby
były z innego utworu i wypada to nad wyraz dobrze.
Twórcy „Blood & Water” nie zapomnieli również o melodyjnych
refrenach, czego doskonałym przykładem okazuje się drugi na płycie,
utrzymany w dość wolnym tempie „Wings of Dove”, czy też szybszy „Guilty”
z wyśmienitymi, wysokimi wokalizami, nie wspominając o „Grace”,
przypominającym leciutko dokonania HIM (bez obaw nie ma tu wzdychania w
stylu Villego Valo). Dużym plusem jest również to, iż muzyka Mehida nie
jest do końca przewidywalna, sztampowa, bo na ten przykład wstęp do
takiego „Burning Earth” niczym nie zwiastuje utworu spokojnego i
stonowanego w swojej formie, gdzie główną rolę odgrywa wokal. Na płycie
przewijają się również momenty, gdzie występuje growling – „Maltitude”.
Jednak przeciwnicy takich wokali nie powinni się obawiać, ponieważ
występują one w śladowych ilościach i choć podkreślają doskonałą
technikę wokalisty, odgrywają raczej marginalną rolę.
Jest tu też sporo przestrzeni, co słychać chociażby w „Stronghold”,
balladowym „A Lester From Home” z klimatyczną wstawką werblową w
zwolnieniu, czy też wspomnianym już wcześniej „Wings of Dove”. To
poczucie lekkości i swobody, czyni ten album przyjaznym w odbiorze, mimo
rozbudowania i zróżnicowania stylowego.
Jest to bardzo ciekawa propozycja dla tych, którzy lubią urozmaicenia i
nie trzymają się kurczowo jednego stylu muzycznego. Album jest
zróżnicowany nie tylko pod względem gatunkowym. Mehida umiejętnie
przeplata motywy szybkie z wolnymi, przez co powstają ciekawe struktury
poszczególnych utworów, a dodatkowo jest tu naprawdę spora dawka
melodii. Album, co najważniejsze nie nudzi i za każdym kolejnym
przesłuchaniem coraz mocniej wciąga. Zachęcam do bliższego poznania…
9/10
Marcin Magiera













































