MASTERCASTLE – 2010 – Last Desire

Mastercastle - 2010 - Last Desire

01. Event Horizon
02. Misr
03. Wild Spell
04. Last Desire
05. Away
06. Space Trip
07. Jade Star
08. Great Heaven’s Climb
09. Cat-House
10. Toxie Radd
11. La Serenissima
12. Scarlett

Rok Wydania: 2010
Wydawca: Lion Music
http://www.myspace.com/mastercastle



Tak się składa, że nowe albumy Mastercastle i Labyrinth mają premierę w odstępie 3 dni. Niełatwo je będzie u nas zdobyć, a na pewno nie od razu. Promocyjna wersja nowego albumu Piera Gonelli dotarła do redakcji wcześniej niż Labyrinth, dlatego też ona pierwsza zostanie wciągnięta na warsztat.
Mastercastle dzięki drugiej płycie przestał być postrzegany jako projekt czy wybryk muzyków, ale jako prawdziwy zespół, drugi album zdaje się być stylistycznie bardziej spójny. Być może to moje podejście, ale same kompozycje wydają się ułożone bardziej na chłodno. W tym przypadku nie trzeba silić się ani na zawojowanie wytwórni, ani na udowadnianie swojej wartości nowym fanom (choć to oczywiście czynnik który dobrze jeśli występuje zawsze). Do czego zmierzam – Mastercastle na albumie Last Desire brzmi jak zespół z krwi i kości.

Wokal Giorgii Gueglio często pojawia się nałożony z dwóch ścieżek, co czyni wokalizy ciekawszymi. Na szczęście wokalistka nie sili się na naśladowanie znanych w branży metalowej nazwisk, przez co muzyka nie staje się banalna. Jej wokalizy chyba najbardziej przypominają mi barwę, a niekiedy i manierę Bjork.
I na tej płycie utwory zawierają solówki gitarowe na pograniczu wirtuozerskich, czy takich które charakterystyczne byłyby bardziej dla płyt instrumentalnych (o tym też świadczy ich ilość). Sekcja rytmiczna nieco wszystko uspokaja. Brzmi ciepło, a same gitary potrafi okiełznać nawet jeśli chodzi o tempo.
Odnoszę wrażenie, że sama melodyka kompozycji na Last Desire to kolejny krok naprzód. Może niewiele tu killerów, które mają szanse zawojować rockowe listy przebojów, ale albumu słucha się dość przyjemnie. Zaskakująco najbardziej w pamięć zapada spokojny Jade Star, z bardzo wyraźnym basem i fajnymi wokalizami. Płyta w zasadzie nieco się rozkręca z biegiem utworów, bowiem jako zdecydowanego mojego faworyta wymienię Cat-House, ktory charakteryzuje się lotnym wręcz refrenem.
Oczywiście i tym razem nie mogło zabraknąć utworów instrumentalnych, które pozwalają domniemywać, ze to tylko kwestia czasu a Pier Gonella wyda płytę instrumentalną. Warto na chwilę zatrzymać się przy tych kawałkach, bowiem niejedna osoba (jak ja) zaliczy je do jaśniejszych punktów płyty. Przyznam, że wręcz urzekł mnie utwór La Serenissima, utwór o bardzo pozytywnym wydźwięku.
Tak jak na debiucie nie zabrakło tutaj kilku motywów oczywistych i przewidywalnych, jednak nie rażą tak jak poprzednim razem. Za to pojawiają się też niebanalne i mniej spodziewane rozwiązania jak choćby ciężkie riffy w Toxie Radd.
Reasumując, poprzedni album wprawdzie nie zaskoczył, jednak mile wywindował oczekiwania. Druga płyta Mastercastle te oczekiwania spełnia, o ile ktoś nie wymagał cudów. Cieszy taka tendencja i dobra kondycja zespołu. A nowa pozycja w dorobku Włochów zasługuje na zdecydowanie pozytywną notę.

7,5/10

Piotr Spyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *