1.Vagabond Ways
2. Incarceration Of A Flower Child
3. File It Under Fun From The Past
4. Electra
5. Wilder Shores Of Love
6. Marathon Kiss
7. For Wanting You
8. Great Expectations
9. Tower Of Song
10. After The Ceasefire
Rok Wydania: 1999
Wydawca: IT Records/ Virgin Records
http://www.mariannefaithfull.org.uk
Nastała jesień a wraz z nią szarość, chłód, tęsknota za ciepłymi i słonecznymi dniami. Z szafy trzeba powyjmować ciepłe, dawno nieużywane polary i kurtki. Rzecz jasna należy również sprawdzić czy zapomniany gdzieś w kącie parasol nadaje się jeszcze jako schronienie przed deszczem. Podobnie rzecz się ma z kolorytem muzycznych dźwięków. Wakacyjne rockowe hity powinny ustąpić miejsca tym sennym, nostalgicznym i melancholijnym. Mam w swojej płytotece kilka takich krążków, dzięki którym można przeczekać jesienną szarugę. Jednym z nich jest ostatnia w XX wieku płyta Marianne Faithfull, zatytułowana „Vagabond ways”. Tytuł jak żaden inny pasuje do życia tej Artystki, którą przez długi czas rzeczywiście można było określać mianem Włóczęgi. Podczas przemierzania wraz z Marianne muzycznych jesiennych ścieżek natkniemy się na najróżniejsze, a także najważniejsze postaci muzyki. Na początek warto na przykład wspomnieć, że jednym z producentów albumu jest Daniel Lanois, odpowiedzialny między innymi za sukces „Achtung Baby” czy „Joshua Tree” U2.
Pora zatem wejść do jesiennego parku i rozsmakować się w dźwiękach magicznego głosu Marianne. Album rozpoczyna kompozycja tytułowa, która startuje gitarowo i z delikatnym pianinkiem. Muzycznie jest przepięknie – to trochę rozmarzony numer z delikatnym solo na gitarze akustycznej bądź hawajskiej. No i ten głos, jakby wyjęty gdzieś z bardzo odległej przeszłości. Głos kogoś, kto z jednej strony szuka pomocy („oh, doctor, please, don’t lock me up”), ale równocześnie prosi by uszanować jej życie włóczęgi, bowiem to jej wybór, z którym jest jej dobrze. W tej kompozycji mamy jeszcze smaczek w postaci lekkiego niedopracowania w samej końcówce, gdzie Marianne kończy swoją frazę. Można tam wyraźnie usłyszeć, że mikrofon jest nieco źle ustawiony. Każdy realizator kazałby poprawić mikrofon i zaśpiewać jeszcze raz. A ponieważ Marianne zwykle nagrywa wszystko za pierwszym podejściem, bez poprawek (z wyjątkiem albumu „Secret life”, nagranego z perfekcjonistą Angelo Badalamentim), tu na szczęście to pozostawiono. Tego typu rzeczy, jak na przykład obecny w innym utworze dźwięk odkładania zapalniczki na pulpit z tekstem również przyczyniają się do wytworzenia niepowtarzalnego klimatu albumu.
Przejdźmy więc do kompozycji drugiej, która jest prezentem od Rogera Watersa. Utwór „Incarceration of a flower child” leżał sobie pewnie w watersowskiej szufladzie przez wiele lat, aż wreszcie Roger postanowił podarować go Marianne. Rzecz jasna zagościł on również muzycznie u jej boku, bawiąc się różnymi efektami do gitary basowej. A jak wypada sama piosenka? Z początku mamy dziwne dźwięki jakby dzwoneczki, które zazwyczaj wiszą nad drzwiami jakiejś schowanej w pasażu herbaciarni. Później nieco elektroniki, pojawia się motyw zagrany na pianinie i natychmiast słychać, czyja to ręka (i głowa) pisała te nuty. Wydawać by się mogło, że po tylu latach palenia i picia Marianne nie potrafi już podnieść głosu. Nic bardziej mylnego – mimo mocno zniszczonego głosu wokalistce udaje się w refrenie niemal krzyczeć. Warto się także wsłuchać w niezwykle przejmujący chórek oraz organy. W tej kompozycji jest jeszcze coś co w śpiewie Marianne uwielbiam szczególnie: zdarzają się momenty, kiedy jej głos pozornie odmawia posłuszeństwa i lekko się załamuje. I w żadnym wypadku nie mówimy tu o fałszowaniu, lecz o czymś, co już lata temu niejako stało się jej „znakiem firmowym”.
Trójką na płycie jest jedna z najpiękniejszych kompozycji, jakie przyszło mi kiedykolwiek poznać. „File it under fun from the past” to na początku przeszywające do szpiku skrzypce i wiolonczela, które wraz z gitarą akustyczną, basem i dźwiękiem wydmuchiwania papierosowego dymu powodują ciarki na plechach. Głos Marianne wydaje się być tutaj lekko rozżalony, pełen tłumionego gniewu. Jednak to, co buduje niesamowity nastrój tego utworu to (oprócz przeszywającego tekstu) cudowna gra muzyków oraz doskonała melodia, spięta przez instrumenty smyczkowe. Piękno w najczystszej, genialnej postaci.
Czas odrobinę podnieść nastrój za sprawą „Electry”. Rozpoczynamy od ciekawej gry gitary Barry’ego Reynoldsa – przez bardzo długi czas nadwornego gitarzysty Marianne (to właśnie jego grę można było usłyszeć podczas koncertów Marianne w 2002 roku we Wrocławiu czy jakiś czas później w Warszawie). To utwór w starym stylu, który świetnie brzmiałby gdyby odtworzyć go z gramofonu i z winylowym trzaskiem. W kapitalny sposób zmienia natomiast swe oblicze, gdy dochodzi do partii gry na skrzypcach Novi Novog i reszty kwartetu smyczkowego. Robi się wówczas niezwykle frapująco, bo skrzypce brzmią tu trochę jak zapomniany już dziś melotron. Kompozycja ma w sobie coś magicznego: niby sobie opowieść, ot, tak sobie płynie, lecz każe się lekko bujać, prowokując ciarki.
Kolejną ścieżką jesiennego parku dźwięków jest „Wilder shores of love”. Znów możemy podziwiać tu klimatyczną, spokojną grę gitary. Jest to jeden z niewielu utworów, gdzie głos Marianne jest zdublowany. Nie jest to jednak banalny trik realizatora, polegający na zwykłym skopiowaniu wokalu. Bez problemu można bowiem usłyszeć, że Marianne nagrała kolejną ścieżkę, którą nałożono na tę podstawową. Dzięki temu w obu głosach jednocześnie słychać zupełnie różne, lecz doskonale uzupełniające się emocje.
„Marathon kiss” to jeszcze jedna propozycja, która pozwala po swojemu przeżywać jesienną melancholię. Ponownie słychać, że głos jest zdublowany, jednak tym razem zarówno tło, jak i pierwszy plan brzmią identycznie, bez odstępstw od w harmonii. Ponadto tutaj Daniel Lanois porzuca na moment realizatorską konsoletę na rzecz gitary; zresztą jest to jego kompozycja i doskonale wie, jakie emocje należy z niej wydobyć. Poza tym słychać, że to całkiem dobry gitarzysta, który doskonale czuje muzykę. Potrafi w pełni zrozumieć innego muzyka, ponieważ sam nim jest, co dziś wydaje się być rzadkością.
Następny utwór w mojej opinii jest jednym z najsmutniejszych, jakie znam i jednym z tych, które potrafią spowodować łzy. „For wanting you” to przepiękna, kameralna piosenka, w której klimat znów buduje między innymi Novi Novog. Marianne śpiewa tu niemal przez zęby, pełna bólu, goryczy. Przez moment bardzo nisko, by za chwilę w pełni rozwinąć skrzydła w refrenie. Pozornie nie ma tu zbyt wiele: jej momentami znów załamujący się głos, fortepian i smyczki, jednak to wystarczyło, aby stworzyć przepiękną kompozycję z pięknym, smutnym tekstem. W zasobach Internetu można odnaleźć jego tłumaczenie przygotowane swego czasu przez Tomka Beksińskiego. Warto dodać, że te niesamowicie piękne, melancholijne nuty napisał natomiast Sir Elton John. I udaje się odnaleźć jego ducha w partiach fortepianu, pomimo że to nie on za nim zasiada.
Do końca albumu pozostały trzy utwory. Pierwszym z nich jest nieco słabsze „Great expectations”. Co prawda posiada on ciekawy wstęp zagrany na gitarze i z ciekawymi efektami klawiszowymi, jednak ten utwór jakoś najmniej mi się podoba. Może byłby lepszy, gdyby palce pomaczał w nim na przykład Nick Cave? A może po prostu po poprzednim, genialnym numerze trudno zagrać coś równie przeszywającego? Chyba najlepszym rozwiązaniem byłaby dłuższa cisza.
Kolejną propozycją jest podjęcie się własnej interpretacji legendarnej piosenki autorstwa Leonarda Cohena. Nie, nie jest to „Hallelujah”. Marianne Faithfull sięgnęła po utwór „Tower of song”, który pochodzi z klasycznego albumu kanadyjskiego barda, „I’m your man”. Marianne zawsze miała dobry gust w kwestii wyboru cudzych piosenek. Tak jest i tym razem. W jej interpretacji brzmi ona jak ostatnie tchnienie ciepłego letniego powietrza w chłodne jesienne dni. Jest to najlżejszy i najweselszy klimatem utwór na płycie, wypada niezwykle zwiewnie. Marianne śpiewa z melodią, ale w tych momentach, kiedy mocniej intonuje wersy, to słychać ten przepity i przepalony głos, przywołujący na myśl na przykład koncertowe wykonanie „Why d’ya do it? ” z początku lat 90.
Ostatnią ścieżką jest największe zaskoczenie na płycie. „After the ceasfire” zaskakuje w dwójnasób. Po pierwsze pod względem instrumentarium: są tu tylko klawiszowe sample i loopy. Po drugie, co najważniejsze, Marianne postanowiła opowiedzieć pewną historię nie śpiewem, a recytacją. I doskonale tutaj słychać, że zostało to wypowiedziane tylko raz, ponieważ w pewnym momencie Artystka mocno walczy ze sobą, by nie rozpłakać się przed mikrofonem. Bardzo mocno drży jej wtedy głos. Co tu dużo mówić, ta melorecytacja przeszywa aż do szpiku i chce się jej wciąż słuchać. Nawet te mocno niepokojące dźwięki w tle sprawiają, że historia jest groźna i pełna goryczy.
Tak oto mija „Vagabond ways”, niewątpliwie jest jeden z najlepszych albumów w całej dyskografii Marianne Faithfull. Album, który liczy już sobie ponad dwadzieścia lat wciąż przeszywa, bowiem słychać w nim piętno przeszłości, ale także przepiękne, nostalgiczne nuty. To jedna z tych płyt, o których się mawia, że „takich już się dziś nie tworzy”. Wywołująca emocje, łzy, uśmiech, ciarki. Prawdziwy artyzm, zakładający wyobraźnię i wrażliwość odbiorcy na słowa i dźwięki oraz nieobojętność na piękno.
9/10
Mariusz Fabin


















































